W lutym br. w sopockim Dworku Sierakowskich miał miejsce wernisaż prac Elżbiety Hajdun, absolwentki ASP w Gdańsku, uczennicy m.in. prof. Hugona Laseckiego. Hajdun wystawiła cykl partytur, czy raczej niewysłanych listów do męża, Janusza Hajduna, zmarłego we wrześniu 2008 roku.

Ile to już lat nie oglądam telewizji? 10? 15? 17? Wystarczająco dużo, żeby zyskać zaszczytny tytuł wroga demokracji, a przynajmniej miano jednostki nieużytecznej, tzn. takiej, która konsumuje mało i dość przypadkowo, kierując się własnym widzimisię; nie odpowiada na medialną ofertę, choćby z tej przyczyny, że jej po prostu nie zna.

Będąc chłopcem kilku- czy kilkunastoletnim zasypiałem z geograficznym atlasem świata koło łóżka. Zawsze można było po niego sięgnąć i odbyć podróż za jeden uśmiech, żeby posłużyć się tytułem powieści Adama Bahdaja.

(mowa Krzysztofa Kuczkowskiego z okazji wręczenia Nagrody Prezydenta Miasta Sopotu w dziedzinie kultury i sztuki „Sopocka Muza” wygłoszona 18 października 2011 w Hali Ergo-Arena)

Proszę Państwa, o Wojciechu Kassie i jego osiągnięciach mam mówić trzy minuty. Trzy minuty to niedużo. Proponuję zatem formę maksymalnie skondensowaną, ale i pojemną, słowem – rysopis. Słowo „rysopis” jest rzeczownikiem rodzaju męskiego. Według słownika znaczy tyle, co opis szczegółów wyglądu człowieka – twarzy, znaków szczególnych etc. – bardzo pożyteczny i praktyczny, bo ułatwiający odnajdywanie osób poszukiwanych – zaginionych, podejrzanych, przestępców, nominatów i laureatów.

Poprzedni swój felieton zakończyłem przywołaniem dziewczyny z czwartej strony okładki osiemnastego numeru „RityBaum”. Przypomnę, dziewczyna była naga, na głowie miała ogromnego pluszaka i sepleniła.

Żyjemy w czasach „no”. Żeby nie było wątpliwości, nie chodzi tutaj ani o gatunek dramatu japońskiego, ani o symbol chemiczny pierwiastka Nobel, ani o nazwisko słynnego doktora z powieści Iana Fleminga o Jamesie Bondzie, ani nawet o domenę internetową przypisaną do Norwegii.

Jest sobota 18 grudnia 2010 roku, dochodzi siódma po południu. Tegoroczne adwentowe zmierzchy są ciemne i mroźne… Słucham The Köln Concert Keitha Jarretta. Akustyka kolońskiej opery przypomina mroźny dzień, kryształki dźwięków osiadają na klawiaturze, wirują na monitorze komputera, zamieniając się w zgrabne piksele.

7:30 rano. Pan Komputer chce, żebym poznał datę swojej śmierci. „Czy chcesz wiedzieć, kiedy umrzesz?” – pyta. Nie chcę wiedzieć, kiedy umrę. Przed pójściem do pracy chcę dokończyć artykuł, którego wczoraj nie zdołałem napisać i chcę myśleć raczej o życiu niż o śmierci. Czy to dziwne, że bardziej wolę nie wiedzieć niż wiedzieć? Niektórzy mówili, że dziwne, ale kiedy pytałem ich, czy już poznali datę swojej śmierci, odpowiadali, że jeszcze nie. W ogóle nie znam nikogo, kto by ją znał. „A może chcesz przedłużyć swojego penisa?” – Pan Komputer nie ustępuje. Nie jestem zarozumiały, ale nie chcę. „To może chociaż chciałbyś rozkosz przeżywać nieskończenie długo?” – nie daje za wygraną. Co to znaczy „nieskończenie długo”? To niemądre zestawienie słów… A w ogóle to nie gdacz pan, Panie Komputer. 

1.
Seminarium naukowe „Back to the Beckett Text. Beckett na plaży” zorganizowane przez Instytut Anglistyki Uniwersytetu Gdańskiego, przy współpracy Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, dwumiesięcznika literackiego „Topos” i Sopockiej Sceny Off de BICZ było bodaj najciekawszym wydarzeniem trójmiejskiej wiosny kulturalnej.

1.
Nazywany jest „młynkiem do kawy” albo „akwarium”, ale na użytek tego felietonu niech będzie imbrykiem do herbaty. Kawa czy herbata? Czy to nie wszystko jedno, skoro nie ma ani jednego ani drugiego? Żadnej herbaty, ba, nawet automatu do kawy i gorącej czekolady, nic, czym można rozgrzać się bez wychodzenia z teatru.

W imbryku panuje chłód, zwłaszcza w pierwszym dniu marca, w Gdańsku, toteż zaraz po wejściu do teatru szatniarz kieruje nas na piętro, gdzie jest cieplej. Na szczęście na widowni panuje temperatura przyjazna człowiekowi. Humory natychmiast poprawiają się, nosy opuszczone na kwintę węszą za czymś lepszym niż kawa i herbata. Za jazzem z imbryka!

Wojciechowi Gawłowskiemu

Grudniowy Sopot niczym nie przypomina rozkrzyczanego i rozśpiewanego letniego kurortu. Miasto przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Sopocianie krzątają się w rytmie krótkich dni i wcześnie zapadającego zmroku. Rano zapalają adwentowe lampiony, nocą sodowe latarnie. Poezja w grudniu ociepla międzyludzkie kontakty, a energia mowy odświętnej zwiększa napięcie w przesyłowych sieciach. W mieście od tego robi się jaśniej.

W czasie Kongresu Kultury Polskiej 2009 przez moment pańskie oko (tak, tak, to samo oko, które „konia tuczy”) spoczęło na twórcach i animatorach kultury, nie wydaje się jednak, żeby ci ostatni poczuli się przez to dowartościowani. Może dlatego, że moment to za krótko, żeby postanowić cokolwiek. Trzeźwi komentatorzy zwrócili uwagę, że skoro przy Kongresie nie powołano komisji wniosków i uchwał, to i wniosków końcowych trudno się spodziewać. Pozostało kilka ogólnych postulatów, jak te: „Kongres Kultury Polskiej domaga się uznania przez władze państwowe zobowiązań wynikających bezpośrednio z artykułu 6. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, domagamy się zapewnienia obywatelom należnego im dostępu do kultury, materialnym tego wyrazem jest podniesienie nakładów na kulturę do wysokości 1 proc. w budżecie państwa”. No i pięknie! Postulaty zostały zapisane i podkreślone wężykiem. Z pewnością będą wysłuchane. Zrealizowane z pewnością nie zostaną. A jeśli nawet tak, to z pewnością nie prędko.

cierpliwy jest anioł
oczekujący narodzin
nowego człowieka

To miał być felieton na zupełnie inny temat, ale z soboty na niedzielę okazało się, że tematem będzie Niemen. O Niemenie wszyscy wszystko wiedzą, pamiętają go, słuchali piosenki, oglądali występy, cenili go, bądź nie cenili, choć mam powody przypuszczać, że nawet ci, którzy początkowo za Niemenem nie przepadali z czasem go polubili! Polubili do tego stopnia, że dzisiaj mówią o nim, jako o "ikonie muzyki popularnej", które to określenie wydaje się być jednym z modnych obecnie dziwolągów językowych. Choć na początku nie lubili i to mocno. Pisali, że wyjec, przebieraniec, bikiniarz, papieru na wykonywanie zawodu artysty estradowego dać nie chcieli, zarzekali się, że "…nie będziemy lansować Niemenków" (Wincenty Kraśko, aktywista partyjny), w ogóle ob. Wydrzycki był jakiś inny, nie pasujący do szarzyzny, do siermięgi peerelowskiej mazowiecko-galicyjskiej, do piaseczku szarego żółtego miałkiego i takiejż szarej rzeczki modrej płytkiej.

Pomyślałem sobie, że cykl felietonów, jeśli ma mieć jakiś wspólny rdzeń, warto zacząć od początku, od mojego sopockiego początku. Do Trójmiasta sprowadziłem się w 1981 roku. Tuż przed sławetnym grudniem. Grudzień był zły, ale data dobra, bo jeśli już żyć w ciekawych czasach, to przynajmniej warto wiedzieć dlaczego są ciekawe. Na początku lat osiemdziesiątych trudno było o miejsce lepsze niż Trójmiasto do wyrobienia sobie właściwych poglądów na – jak mawiają uczelniani humaniści – dookolną rzeczywistość. Do Sopotu nie sprowadziła mnie jednak potrzeba filozofowania, ale małżeństwo z rodowitą sopocianką, co samo w sobie zasługuje na uroczystą formę eposu a nie na tekst przygodny, jakim jest felieton.

straszny jest anioł
wodzony przez człowieka
na pokuszenie

pamięci
Krzysztofa Nowickiego (1940-1997)

Przejrzysty jest anioł,
przeczysty jest,
wybłyszczony piaskiem
katalońskiej równiny,
wygładzony szorstkimi stopami
wieśniaków uprawiających
oliwne gaje i winnice.

wbrew naturze
smaku spróbowałem
winogron namalowanych
przez Zeuksisa tak kunsztownie
że zlatywały się ptaki
aby je dziobać
i wypruwać z nich
słodkie światło

wewnątrz były puste

pustka była
wewnątrz
światło było oszustwem
chytrego mistrza
a ptaki wymysłem
specjalistów
od public relations
prawdziwy był
głód
ich ptasi
i mój zwierzęcy
ich był instynktem życia
mój wyzwaniem
śmierci

Promocja w wiedeńskim
sklepie odzieżowym.
Pierwszych pięć nagich osób
otrzyma za darmo ubrania
warte 385 dolarów.

25-lecie pracy twórczej, 10-lecie "Toposu", publikacja 10. książki poetyckiej pt. "tlen" to główne powody zorganizowania benefisu Krzysztofa Kuczkowskiego w Teatrze Atelier w Sopocie. Imprezę zorganizowały panie Izabela Jakul i Ewa Kuczkowska, firmowało Towarzystwo Przyjaciół Sopotu. Konferansjerkę prowadzili Ewa Kuczkowska i Wojciech Fułek. Całość trwała prawie 2,5 godziny, słabych punktów nie było.

Od dziury w ziemi rozpoczyna się
budowanie domu. Ogromne żółte łyżki
wyrywają kęsy piachu - białego spod brzozy,
czarnego spod dębów.
Po jasnych i ciemnych pagórach chodzą
mężczyźni w niebieskich kombinezonach -
mieszają kolory, obracają strony świata,
słowa w ustach.

(Fragment)

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE