W lutym br. w sopockim Dworku Sierakowskich miał miejsce wernisaż prac Elżbiety Hajdun, absolwentki ASP w Gdańsku, uczennicy m.in. prof. Hugona Laseckiego. Hajdun wystawiła cykl partytur, czy raczej niewysłanych listów do męża, Janusza Hajduna, zmarłego we wrześniu 2008 roku.

„Napisała” je językiem, którego nie sposób odczytać: żywiołowym, ekspresyjnym, ale też pełnym zawahań, zatrzymań i skreśleń. Językiem „pozarozumowym” malarskiego gestu i z trudem tylko powściąganych emocji. Dużo w tych listach bólu, skowytu i… samotności. To się czuje, bo tutaj czuje się to, co się widzi, a widzi się tyle, ile się czuje. Więc litery Hajdunowego alfabetu przypominają splątane gałązki dzikiego wina – zimą ogołocone z liści, poskręcane, rozczochrane, każące przypuszczać, że kolejnej wiosny nie będzie. Ani kolejnej ani następnej. A nie będzie?
A gdzie tam!

Świat nie jest taki zły
Świat nie jest wcale mdły
Niech no tylko zakwitną jabłonie
To i miljon z nieba kapnie
dziewczyna kocha łatwiej
Jabłonie kwitnące jabłonie

- napisał Jerzy Afanajew, pierwszy wykonawca tej piosenki, spopularyzowanej następnie przez Halinę Kunicką, a Janusz Hajdun, późniejszy adresat listów żony Elżbiety, opatrzył tekst melodią. W efekcie współpracy tych dwóch „multiartystów” powstał jeden z największych powojennych szlagierów.
Nie od rzeczy będzie przypomnieć kim był Janusz Hajdun, bo może państwo wiecie, ale może też i tak być, że o Hajdunie nie wiecie nic, co też by mnie nie zdziwiło. Dlaczego? Dlatego że artysta ten nie szukał mediów, to raczej media garnęły się do Hajduna. Nie dlatego, że był celebrytą, nic z tych rzeczy, potrzebowały jego talentu i pracowitości. Sytuacja dość rzadka, ale przecież zdarzali się tacy wczorajsi artyści, którzy nie czuli ducha czasu i bardzo im z tym do twarzy było. Ot, choćby poeta Kazimierz Hoffman (zm. w 2009 r.), który jakoś tak pod koniec lat dziewięćdziesiątych ub. wieku zaproszony przeze mnie do Sopotu, zresztą też do Dworku Sierakowskich, najpierw przezornie spytał, czy na spotkaniu będzie telewizja. Osobiście Kazimierza jeszcze wtedy nie znałem, rozmawialiśmy przez telefon, więc nie miałem pojęcia czy chce, żeby na spotkaniu była kamera, czy wręcz przeciwnie. Spytałem więc chytrze: „A ma być ta telewizja, czy nie ma jej być?” A on na to: „Bo jeśli będzie to ja nie przyjadę.” No i od razu go polubiłem. Wydaje się, że Janusz Hajdun należał do tego samego gatunku twórców. Może to zresztą taka generacja była?
Hajdun urodził się 25 lutego 1935 r. we Lwowie. Ukończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Sopocie w klasie fortepianu oraz w gdańskiej PWSM w klasie kompozycji. Pianistą był wybornym, miał być przygotowany do Konkursu Chopinowskiego, ale nie był. Pociągnęło go co innego: życie artystyczne, przygoda i niepewny byt. Związał się z ze studenckimi teatrami, kabaretami, kawiarniami i piwnicami gdzie grano jazz. Współpracował z – jak to się dzisiaj mówi – kultowymi zespołami: Teatrzykiem Bim-Bom, teatrem rąk Co-To, kabaretem To Tu, wreszcie z Cyrkiem Rodziny Afanasjeff. Z czasem znajdował coraz poważniejsze zatrudnienia. Dzisiaj utrzymuje się, że Hajdun to historia polskiej muzyki filmowej, teatralnej, baletowej, radiowej i telewizyjnej. Napisał muzykę do ok. 120 filmów, z których połowę nagrodzono w krajowych i międzynarodowych konkursach. Wśród jego osiągnięć jest muzyka do jedenastominutowego „Tanga” Zbigniewa Rybczyńskiego, filmu nagrodzonego Oscarem, a także do takich obrazów jak „Franz Kafka” i „Zbrodnia i kara” Piotra Dumały, „Bursztynowy las” Ewy Pytki, „Na wylot” i „Tańczący jastrząb” Grzegorza Królikiewicza i wielu, wielu innych filmów fabularnych i krótkometrażowych, animowanych, eksperymentalnych, awangardowych i tradycyjnych. Przez ponad 40 lat był związany z Radiem Gdańsk, gdzie był m.in. redaktorem ds. nagrań czy pianistą z Salonu Artystycznego RG. Kiedyś gościłem w tym salonie, czytałem wiersze na żywo na antenie PR Gdańsk, Janusz Hajdun słuchał i akompaniował: dyskretnie, absolutnie profesjonalnie, emanując życzliwością i skromnością. Podobno nigdy nie podnosił głosu, miał ujmujący uśmiech, jakby przepraszał, że jest. Mówił mało. Tadeusz Różewicz zniecierpliwiony dociekliwością dziennikarek „Wysokich Obcasów” powiedział kiedyś: „pisałem po to, żeby nie mówić”, co zresztą one skwapliwie zapisały. I dzięki Bogu, bo słowa te są mi bardzo bliskie. Uczą pokory i dyscypliny w rozgadanym, do szaleństwa „mownym” świecie. A i Janusz Hajdun mógłby powtórzyć za poetą z Wrocławia: „grałem po to, żeby nie mówić”. W miejscu gdzie grał, na budynku Radia Gdańsk, jest tablica pamiątkowa:

Janusz Hajdun
poeta dźwięku, kompozytor
patron Studia Radia Gdańsk
Lwów 1935 – 2008 Gdańsk

Pisząc te słowa, słucham płyty CD pt. „Przyjaciele grają Hajduna”, będącej rejestracją koncertu, który odbył się 14 listopada 2009 r. w Radiu Gdańsk. Wśród wykonawców są m.in. pianiści Włodzimierz Nahorny i Kuba Hajdun, syn Janusza, saksofoniści Wojciech Staroniewicz i Darek Herbasz, trębacz Piotr Nadolski. „Świat nie jest taki zły” Afanasjewa i Hajduna śpiewa Wanda Staroniewicz: „Świat nie jest taki zły/ Świat nie jest wcale mdły/ Niech no tylko zakwitną jabłonie”.
Tak, cała nadzieja w wiośnie. No i w jabłoniach. Niech kwitną. I niech gra łagodnie swingująca muzyka. Najlepiej, żeby była to muzyka Janusza Hajduna.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony”, 1(41)2012]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE