Ile to już lat nie oglądam telewizji? 10? 15? 17? Wystarczająco dużo, żeby zyskać zaszczytny tytuł wroga demokracji, a przynajmniej miano jednostki nieużytecznej, tzn. takiej, która konsumuje mało i dość przypadkowo, kierując się własnym widzimisię; nie odpowiada na medialną ofertę, choćby z tej przyczyny, że jej po prostu nie zna. Dawno, dawno temu przeczytałem w „Nowym Medyku” (była kiedyś taka gazeta!): „W Stanach, gdy się coś zdarzy, powiedzmy, na ulicy, natychmiast zjawia się telewizja, fotoreporterzy. Tam wierzyć, znaczy widzieć. U nas, w podobnej sytuacji przychodzi pan i ponurym głosem mówi: tu nie ma nic do patrzenia. Proszę się rozejść. I ludzie zwykle się rozchodzą, bo jeśli to coś było naprawdę ważne, jutro kupią gazetę i przeczytają. Nie zobaczą. Przeczytają. Tu wierzyć, znaczy przeczytać”. Minęło trzydzieści lat i co? I nic. Telewizji nie oglądam, gazety jeśli już kupuję, a nie robię tego systematycznie, to dla publicystyki a nie dla wydarzeń. U mnie nie jest jak w Stanach. Do Stanów ani nie tęsknię, ani nie pragnę Amerykanów naśladować. Szajby mam własne i wystarczająco zajmujące, cudze mnie nie nęcą.

Wczoraj spędziłem kilkanaście godzin w Gnieźnie, gdzie jednak gapiłem się w nie swój telewizor, przyglądałem się mdłemu życiu serialowych bohaterów, chcąc nie chcąc uczestniczyłem w kretyńskim teleturnieju typu „wygraj ileś tam pieniędzy za nic”, a nawet w dyspucie polityków różnych opcji światopoglądowych, którzy zdawali się nieźle bawić tym kim są, co mówią, albo odwrotnie: tym, kim nie są i czego powiedzieć się nie odważą. Kolejność nie ma zresztą większego znaczenia, ważna jest ogólna wesołość i konkluzja. Otóż na zakończenie programu, kiedy już opowiedzieli jak bardzo siebie nawzajem nie szanują, jak siebie wzajemnie lekceważą i jaką pogardę do siebie czują, niespodziewanie zgodne oświadczenie wydali, że jeśli w polskim parlamencie czegoś brakuje to mądrości przez mądrych ludzi wyrażanej. Bardzo ich to oświadczenie ucieszyło i rozradowało. A mi nie wiedzieć czemu przypomniała się fraza z Księgi Koheleta: „Słowa z ust mędrca są przyjemnością, lecz usta głupca gubią jego samego”. I bardzo mnie ta fraza przygnębiła.

*

Zwróciłem uwagę na wielki napis reklamowy na miejskim autobusie: „Galeria Gniezno. Odnawiamy oblicze mody”. Mogli jeszcze dodać: „tej mody”, ale nie dodali. Może pomyśleli, że nie warto, bo przecież wiadomo, że chodzi o tę modę a nie inną. Tę modę, którą mają w tej swojej galerii. Modę szaraczkowo-futerkową. Mysią. W głowach speców od reklamy obracają się małe czerwone wiatraczki. Wydaje mi się, że słyszę ich furkot. Suchy stukot czterech klepek. Bo piątej nie ma. Myszy zjadły.

*

Przedpołudnie spędziłem w pociągu. Podczas drogi powrotnej z Gniezna do Sopotu czytałem książkę Kardynała Josepha Ratzingera Duch liturgii. Dlaczego tę a nie inną? Dlaczego ze stosu kilkudziesięciu nieprzeczytanych książek na drogę wybrałem właśnie tę, pozostanie dla mnie tajemnicą. Natomiast tajemnicą nie jest to, czego w niej szukałem i bez trudu znalazłem: „Prawo nieugruntowane moralnie staje się bezprawiem. Moralność i prawo niepochodzące z odniesienia do Boga degradują człowieka, gdyż pozbawiają go jego najwyższej miary i potencjału. Odmawiają mu one odniesienia do tego co nieskończone i wieczne, a przy takim pozornym uwolnieniu człowiek zostaje poddany dyktaturze panujących większości bądź przypadkowych ludzkich miar, które ostatecznie dokonują na nim gwałtu”. I znowu wracam do wczorajszej telewizyjnej debaty, pewnie niewiele znaczącej, pewnie jednej z wielu, ale to dla tych, którzy zobojętnieli na medialny obrok, ja jestem wystarczająco wyposzczony, żeby tę karmę przeżuwać całymi dniami, a kto wie, może i tygodniami? Sejm to miejsce gdzie stanowią prawa. Pierwszym postulatem nowych sił politycznych jest wyrzucenia krzyża z sali sejmowej. Mówią „krzyż”, myślą Bóg. Boga chcą wyrzucić. Boga rozpiętego na krzyżu. Boga miłosierdzia. Chcą pozbawić człowieka najwyższej miary i potencjału, rzucić go na pastwę przypadkowych ludzkich miar. Ostatecznie to te właśnie miary pozbawią człowieka godności, osłabią go i zdegradują. Czy to jest droga, która nas czeka? Taki świetlisty szlak? Specjalna droga dla post-inteligentnych mędrków, o których w języku mojej młodości mówiło się „głupio-mądry”? Tak właśnie w Gnieźnie mówiło się o pyszałkach i zarozumialcach. O chłystkach.

*

Gdzieś chyba za Laskowicami Pomorskimi podniosłem oczy z nad książki i zobaczyłem rozmazany, jesienny krajobraz. Mglisty mąt. Bardziej obraz kraju niż kraj obrazu. Przez chwilę gapiłem się nie rozumiejąc na co patrzę. Dopiero po chwili zdjąłem okulary do czytania. Kontury migających za szybą drzew nabrały wyrazu. Ożywiły się kolory. Ale nie do końca, bo jednak mgła przetykała kępy olszyn, blade palce brzóz. Przez gałęzie jak przez ucho igielne usiłowały przewlec się promienie słońca. Choć to może nie były słoneczne promienie a małe rybki? Te same małe rybki, które pan Grosglik zobaczył nagle w głowie Moryca Welta, że aż wykrzyknął: „Co? Co pan gadasz? Pan masz małe rybki w głowie!”. No, ale tam rzecz szła o ziemię obiecaną i 30 tysięcy marek, a tu o państwo w budowie i unijne dotacje. Z ziemią obiecaną nie udało się. A jak będzie z Polską w budowie? Jeśli pośród tych świetlistych rybek trafi się choć jedna złota, i jeśli zechce uprzejmie spełnić przynajmniej jedno życzenie, to kto wie, kto wie? Tak, cała nadzieja w złotej rybce.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony”, 6(40)2011]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE