Będąc chłopcem kilku- czy kilkunastoletnim zasypiałem z geograficznym atlasem świata koło łóżka. Zawsze można było po niego sięgnąć i odbyć podróż za jeden uśmiech, żeby posłużyć się tytułem powieści Adama Bahdaja. Wydawać by się mogło, że każda mapa, każda plansza została już po stokroć obejrzana, a jednak zawsze wpadało do oka coś, co domagało się odpowiedzi od głowy. A znalezienie odpowiedzi często graniczyło z cudem, bo „Mała Encyklopedia” była wydawnictwem, dzisiaj byśmy powiedzieli – specyficznym, a Wikipedii nie było, ba, nie było jeszcze ani Internetu, ani żadnej jego zapowiedzi. Byli rodzice, którzy pacyfikowali gówniarza łagodnym pobłażaniem i koledzy z podwórka, którzy snuli fantastyczne pomysły, a te choć malownicze, to jednak, że tak się wyrażę – były mało merytoryczne. No i przez to nie wiedziałem np. dlaczego państwa nie nazywają się po prostu: Polska, Niemcy, Rosja, Czechy, tylko Polska Rzeczpospolita Ludowa, Niemiecka Republika Demokratyczna i Niemiecka Republika Federalna, Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich i Czechosłowacka Republika Socjalistyczna. I na czym dokładnie polegają różnice ustrojowe pomiędzy nimi, i zwłaszcza, który ustrój jest najlepszy, bo któryś być musi, no wiadomo, „rzeczpospolita” nie ma sobie równych, tak jak na szosie nie mieli sobie równych Magiera i Kegel, na boisku Lubański i Kostka, a na ringu Kulej i Grudzień, ale dlaczego ona jest „ludowa”? A „republiki”? Dlaczego jedne są „socjalistyczne” a inne „demokratyczne”, choć przecież też socjalistyczne? I czym różni się „republika” od najlepszej, bo naszej! – „rzeczpospolitej”? Ot, takie różne rojenia dziesięcio- czy dwunastolatka. Kilka lat później dowiedziałem się tego, co już od dawna przeczuwałem, a czego wcześniej nie potrafiłem nazwać, dowiedziałem się mianowicie, że „republika” (łac. res publica) i „rzeczpospolita” to praktycznie taki sam ustrój polityczny, w którym władze wybierane są w wyniku wyborów na określony czas. A że i w PRL-u i w ČSSR, i w NRD i w ZSRR (w oryg. CCCP, co na podwórku wykładało się jako: cep cepa cepem pogania) wybory były wewnętrzną sprawą partii – przewodniej siły narodu, to i sam ustrój, który łajdactwa rządzących sankcjonował, był diabła warty. I jeszcze ten „enerdowski” obciach z demokracją! Po wielkim wybuchu okazało się, że wschodnio-niemiecka „demokracja” była nasączona szpiclami jak gąbka wodą, że na 17 milionów obywateli NRD ok. 173 tys. było – jak się przyjmuje – zarejestrowanymi konfidentami Stasi (Ministerium für Staatssicherheit), czyli że co dziesiąty obywatel naszego wschodniego sąsiada był jakoś zaangażowany w system inwigilacji. Zresztą było to nie tylko wielkie kablowanie, ale i wielkie złodziejstwo. Wydział M, albo raczej Linia M niemieckiej tajnej policji zajmował się bowiem patroszeniem prywatnych przesyłek i konfiskatą walut obcych. Tylko w latach 1984/1989 grasujący w urzędach pocztowych rabusie z Abtailung M wyciągnęli z paczek i listów i odprowadzili do budżetu Stasi środki o łącznej wartości 32 milionów marek. Wynika więc z tego, że społeczeństwo niemieckie utrzymywało agenturę z własnych składek, tyle, że były to składki pobierane bez wiedzy i zgody darczyńców, a tym samym – nielegalnie (?), którą to sentencję opatruję znakiem zapytania, bo przecież mówimy o socjalizmie, a tutaj zgodność czy niezgodność z prawem zależy od tego, kto to prawo ustanawia i kto jest jego wykonawcą. Tak to „demokratyczne” państwo obrzydziło nam, urodzonym w Peerelu, demokrację i wzbudziło nieufność do demokratycznych instytucji. Przez chwilę wydawało się, że wprawdzie „demokracja socjalistyczna” typu enerdowskiego jest be, ale za to „zachodnie demokracje” są cacy. Z czasem przyszło i ten pogląd zrewidować. Tak demokracje liberalne, jak i nieliberalne, mają swoje niedemokratyczne oblicze, tyle że, jak w socjalizmie, elity liberalne (czy nieliberalne) zdają się tego nie dostrzegać. „Demokracje liberalne – pisze brytyjski politolog John Gray – są nie tylko skłonne dopuszczać się czynów, które – jeśli popełniane przez despotyczne reżimy – potępia się jako przejaw barbarzyństwa, lecz co więcej, gotowe są sławić swe czyny jako heroiczne”. Dlaczego tak się dzieje? Z pewnością dlatego, że takie idee i pojęcia jak „demokracja”, „powszechne prawa człowieka”, „tolerancja” w określonych warunkach (wyższej konieczności, a jakże!) mają skłonność do zamieniania się w Jedyną Prawdziwą Wiarę, dla której warto redefiniować sam ich sens. Tak było np. w USA za administracji Busha, która wprowadzając możliwość tortur na podejrzanych o terroryzm, dowiodła, że polityka może brać górę nad prawem. Cytowany już autor Czarnej mszy, pisze: „Senacka decyzja z 28 września 2006 roku, dająca prezydentowi prawo określania, co jest torturą, zawieszała prawo habeas corpus dla aresztantów podejrzanych o terroryzm, odmawiając im prawa do wiedzy na temat stawianych im zarzutów i możliwości odwołania się do sądu. Odtąd każdy oskarżony o zaangażowanie w terroryzm – nie tylko obywatele innych państw, ale także Amerykanie – może być zatrzymany bez postawienia zarzutów i przetrzymywany w nieskończoność. Tym samym władza wykonawcza została postawiona ponad prawem, a obywatele – spod niego wyjęci”. Co za okrucieństwo! To się może zdarzyć tylko w Ameryce! Otóż nie, nie tylko w Ameryce. Niedawno jeden z polskich portali psychologicznych zamieścił kontrowersyjną ankietę. Respondenci mieli odpowiedzieć na pytanie „Skierowanie lidera opozycji na badania psychiatryczne to:
1. Przejaw troski państwa o zdrowie obywateli.
2. Normalna praktyka w demokratycznym państwie.
3. Nie wiem (trudno powiedzieć).
4. Forma szykanowania opozycji.
5. Powrót do totalitarnych praktyk z czasów komunizmu.”

Przeczytałem wyniki ankiety i mnie zatkało. Otóż co trzeci respondent wybrał odpowiedź numer 2. Nie powinienem czytać takich wiadomości, bo może się zdarzyć, że z powodu zatkania, a więc przerwy w dostawie tlenu do mózgu, zacznę myśleć jak ten pan sędzia, co dyspozycję wydał i jak ci głosujący, którzy uznają opisany fakt za zwykłą procedurę demokratyczną. Lata permanentnej wojny na górze zrobiły swoje. Jesteśmy ślepi i głusi. Politykom działającym w warunkach demokracji udało się to, czego przez pięćdziesiąt lat nie dokonali komuniści – jako społeczeństwo jesteśmy skłonni zaakceptować każdy absurd. Teraz już można nami rządzić. A to dopiero początek. Jesteśmy młodą demokracją, musimy się jeszcze dużo nauczyć. Zasad demokracji możemy się uczyć dajmy na to od Szwedów. W lipcu br. przeczytałem o „płciowym szaleństwie” w szwedzkim przedszkolu Egalia (zapewne od fr. égalité – równość; identyczność; niezmienność) mieszczącym się w Sodermalm, liberalnej części Sztokholmu. Egalia daje dziewczynkom i chłopcom szansę bycia tym, kim rzeczywiście chcą być. Zaczęto od zastąpienia słów różnicujących płeć: han i hon, neutralnym słowem hen. Słowo hen wprawdzie nie istnieje w słowniku szwedzkim, bo trzeciej płci jakoś nikt wcześniej nie wymyślił, ale jest czasem używane przez środowiska feministyczne i homoseksualne. To przesądziło. Przedszkole ponoć nie zaprzecza istnieniu różnic pomiędzy płciami (ależ to światłe ludzie są!), chce tylko „nauczyć dzieci, że biologiczne różnice nie muszą wpływać na ich zachowania i umiejętności. – Tu chodzi o demokrację. I o równość wszystkich ludzi” – twierdzi Lotta Rajalin, dyrektorka przedsięwzięcia pod nazwą Egalia.

Przeczytałem tę wiadomość i nagle ogarnęło mnie radosne przeświadczenie, że ten równościowy, z gruntu demokratyczny ruch, unicestwi się własną durnotą. Z niecierpliwością czekam na pierwsze newsy o szwedzkich przedszkolach, gdzie dzieci w ramach nieskrępowanej wolności własnej oraz równie nieposkromionej głupoty dorosłych wybierają sobie, czy są ludźmi, czy kotkami, czy biedronkami. Jak potem taka biedronka dorośnie, to zostanie prezydentem i wyda stosowne zarządzenia o konieczności odżywiania się mszycami i długości okresów lęgowych. Wtedy przyjadą polscy misjonarze i przy pomocy wielkiej miłości oraz pajdy chleba przywrócą biedne społeczeństwo rozumowi.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 5(39)2011]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE