Poprzedni swój felieton zakończyłem przywołaniem dziewczyny z czwartej strony okładki osiemnastego numeru „RityBaum”. Przypomnę, dziewczyna była naga, na głowie miała ogromnego pluszaka i sepleniła. Co do tego ostatniego nie mam stuprocentowej pewności, w końcu ile można usłyszeć ze zdjęcia, na dodatek nienajlepszej jakości, ale dochodzące spod nakrycia głowy seplenienie: „stuka, stuka, stuka”, wydaje mi się możliwe a nawet wysoce prawdopodobne. Przypominam tego okładkowego pluszaka, bo podczas niedawnego pobytu w Zakopanem, widziałem, jak do siedzącej na ławeczce na Krupówkach maskotki, a była to różowa Myszka Miki wielkości postawnego chłopa, dosiadł się pewien ogorzały mężczyzna, nazwijmy go Pan Menel, i strasznie zaczął ten jej mysi plusz skubać, a nawet szarpać, wykrzykując przy tym jakieś słowa w narzeczu meneli. Ze słów agresora niczego pojąć nie zdołałem, mój słuch rejestrował tylko nadreprezentatywność spółgłosek wybuchowych lub zwartowybuchowych, jak to /p/, /b/, /d/, /k/, /g/. Ciągi spółgłoskowe przerywane były długimi zawodzeniami samogłoskowymi, z których jasna /u/, dzięki specyficznej artykulacji nabierała niepokojącej głębi, zwłaszcza wtedy, kiedy następowała zaraz po głosce /k/, a przed głoską /r/, która zwykle rozwibrowana jak świderek, tym razem brzmiała jakoś miękko i bezradnie, i bardziej /l/ niż /r/ przypominała. Ta oczywista paralalia powodowała, że po przedwieczornych Krupówkach niósł się przejmujący zaśpiew, brzmiący mniej więcej tak: „kuuulwa, kuuulwa, kuuulwaaa”. Jakież było moje zdumienie, kiedy w różowy plusz szarpana Myszka Miki, w jednej chwili zerwała pluszowy łeb, i zaczęła odpowiadać głosem nieco wyższym i bardziej jeszcze umęczonym: „kuuulwa, kuuulwa, kuuulwaaa”, bowiem jak się państwo domyślacie, nie była oryginalną Mickey Mouse, tylko zamaskowanym drugim Panem Menelem. I tak niósł się ten menelski zaśpiew na dwa głosy po górach, dolinach dopóty, dopóki przywabiona improwizowanym występem straż miejska nie położyła koncertowi kresu, bo widać takie jej zadanie, żeby kres kłaść wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe.

Czy zakopiańska „kuuulwa” ma jakiś związek z prasową „stuką”? Możliwe. Możliwe, że chodzi o wadę. Możliwe, że jest to wada wymowy. W przypadku śpiewaków wada jawna i jednoznacznie gorsząca, w przypadku dziewczyny z okładki wada ukryta, udająca zaletę. Ale kto by się na to nabrał! Z wadami należy walczyć. Panom śpiewakom można by zaproponować formację AA z jej filozofią dwunastu kroków. Paniom, które „sztuki” od „stuki” odróżnić nie potrafią, zaleca się szereg ćwiczeń, służących wzmacnianiu mięśni okrężnych ust i języka, jak np. robienie ustami ryjka, próby dotykania nosa językiem, kląskanie językiem (naśladowanie uderzeń kopyt końskich o bruk ulicy), zawody w dmuchanie piórka – kto dłużej utrzyma je w powietrzu i szereg innych, równie ekwilibrystycznych czynności. Wprawdzie trudno w wieku dojrzałym naprawić to, co powinno rozwinąć się w szóstym roku życia, ale spróbować nie zaszkodzi.

*

Senat Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku w kwietniu ub.r. podjął uchwałę o nadaniu tytułu doktora honoris causa Peterowi Greenawayowi za całokształt twórczości artystycznej i humanistyczną postawę życiową. Greenaway jest postacią powszechnie znaną, reżyserem, który począwszy od Kontraktu Rysownika z 1982 roku, cieszy się sławą artysty niekonwencjonalnego, oryginalnego i nieco szalonego, co potwierdziły takie obrazy jak:Brzuch architekta, Wyliczanka, Burza, Zet i dwa zera, The Pillow Book czy Osiem i pół kobiety. Szaleństwo sztuki? Jak najbardziej. Również realizowany obecnie projekt multimedialny The Tul-se Luper Suiteases, polegający na próbie spakowania całego świata w dziewięćdziesiąt dwie walizki zawiera w sobie ten rodzaj szaleństwa, które artyście pozwala mierzyć się z tym, co niemierzalne i robić syntezę tego, co zsyntetyzować się nie daje. Mnie zaintrygowała druga część uzasadnienia, owa „humanistyczna postawa życiowa”. W październiku 2010 roku, podczas pobytu w Gdańsku, Greenaway udzielił wielu wywiadów, stał się bohaterem kilku większych i mniejszych artykułów prasowych. Czytając je starałem się zrozumieć sentencję gdańskich plastyków. Jednak im bardziej się starałem, tym większej doświadczałem konfuzji, bowiem o wartości „humanistycznej postawy życiowej” nie przekonuje mnie wyznanie, typu: „Prze­kazałem już swój materiał genetycz­ny; jestem przykładem opowieści o darwinowskim sukcesie. Ale ja już wypełniłem swoją rolę, nie jestem wię­cej światu potrzebny. Bo po co w grun­cie rzeczy tu jesteśmy? Według mnie tylko po to, by się pieprzyć.”, a dobra rada: „Uważam, że im szybciej wymażecie katolicyzm z waszej kultury, tym bę­dziecie lepsi. Od czasów reformacji cały świat ucieka wam, Polakom, coraz szybciej, a wy tego nie zauważacie. Katolicyzm jest dla mnie śmiercią wie­dzy, wyrządził niewyobrażalną krzyw­dę naszej cywilizacji.”, bardziej niż o „humanizmie” autora tych słów, świadczy o jego wielkiej intelektualnej smucie i myślowym ubóstwie. Podejrzeń, że tak właśnie jest, nabrałem już podczas wykładu inauguracyjnego Petera Greenawaya, kiedy to z charakterystyczną dla siebie skromnością, stwierdził: „Oczywiście bardzo dobrze znam chrześcijaństwo i zagadnienia kościoła rzymsko-katolickiego”. Cóż, obawiam się, że „bardzo dobrze znać”, nie znaczy „rozumieć”. Ani bardzo dobrze, ani ociupinę. Radykalnego zerwania z chrześcijaństwem dokonali już osiemnastowieczni jakobini, a porażkę ponieśli tylko dlatego, że – jak sądził Lenin – za mało gilotynowali. Ale może źle rozumiem samo pojęcie „humanizmu” i „humanistycznej postawy życiowej”? Może humanizm pozytywistyczny, humanizm marksistowski czy humanizm nietzscheański zasadniczo różni się od „humanizmu greenawayowskiego”? Nie twierdzę, że te „humanizmy” są tożsame z wulgarnie materialistycznym ateizmem, niemniej podstawą każdego z nich jest antyteizm, precyzyjniej – antychrystianizm. Przypadek Greenawaya polega – jak się wydaje – na odrzuceniu Boga, tak jak odrzuca się przeszkodę zagradzającą drogę do wolności. Banalne? Z pewnością. Zwłaszcza wtedy, gdy wolność kojarzy się z pieprzeniem (również bez ładu i składu).

*

Żeby nie kończyć na smutno, bo to prawie tak samo paskudne jak upijanie się na smutno, postanowiłem przypadek Greenawaya skomentować słowami innego artysty, Vaclava Havla, pisarza i dramaturga, prezydenta Czechosłowacji w latach 1989–1993, a Czech do 2003 r. „Pierwsza na świecie globalna, ateistyczna cywilizacja zmierza do katastrofy. Zachód utracił połączenie z wiecznością i nieskończonością. A przez to niekończący się kolektywizm konsumencki rodzi nowy typ samotności. (…) Dumą cywilizacji globalnej jest nie tylko globalnie rozprzestrzeniona krótkowzroczność, ale obrzęk samoświadomości, której charakterystycznymi cechami są wyniosłe idee, że już wszystko wiemy, a tego, czego jeszcze nie wiemy, wkrótce się dowiemy, bo wiemy jak się do tego zabrać.” Kto wie, to wie. Najwięcej wiedzą ci z „obrzękiem samoświadomości”. I swojej wiedzy nie wstydzą się ujawniać, choć wstydzić się powinni.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 3-4(36-37)2011]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE