Żyjemy w czasach „no”. Żeby nie było wątpliwości, nie chodzi tutaj ani o gatunek dramatu japońskiego, ani o symbol chemiczny pierwiastka Nobel, ani o nazwisko słynnego doktora z powieści Iana Fleminga o Jamesie Bondzie, ani nawet o domenę internetową przypisaną do Norwegii.

Chodzi o poczciwą partykułę, która do czasu prowadziła życie podrzędne i utajone, używana była potocznie i kolokwialnie, aż nagle zaczęła wyrażać nieskończenie wiele stanów emocjonalnych i duchowych współczesnego Polaka (sic!), rozmigotała się bogatą paletą odcieni znaczeniowych. Stała się najbardziej powszechnym kodem komunikacji… komórkowej. Przesada? Wsłuchajcie się państwo we wszechobecną debatę publiczną prowadzoną na ulicy, w pociągu, w autobusie, w urzędzie i wszędzie tam, gdzie dociera sygnał telefonii komórkowej. O ile rozmowy przez tradycyjny telefon sieciowy zaczynały się od „słucham” czy „proszę”, do komórki mówi się „no”. A potem następuje cały szereg odgłosów uczestniczących i podtrzymujących rozmowę, rozmaitych przytaknięć, potaknięć, ponagleń, przyzwoleń i potwierdzeń. Ogromna większość z nich oddawana jest za pomocą partykuły „no”. Liczy się akcentacja, intonacja, nadanie samogłosce „o” określonej modulacji, wydłużenie jej lub skrócenie do krótkiego szczeknięcia. Odbiorca komunikatu już dobrze wie, co owe „no” dla niego oznacza. A jeśli nie wie? To oddzwoni i dopyta. Hipotetyczna rozmowa może brzmieć mniej więcej tak:
- Jaruś, no to kino, co mówiłeś, to na pewno dzisiaj?
- No Sylka.
- Aha, no to pa.
- No to do zo.
- No.
Jarek z Sylwią pójdą do kina i oni tam w tym kinie jakoś się chyba dogadają. Nie nasze zmartwienie. Tajemnicą jest kariera partykuły „no”. Dlaczego właśnie ta monosylaba robi oszałamiająca karierę? Czy tylko dlatego, że „no” jest krótkie i wystarczająco semantycznie obojętne, żeby dać się nasycić takimi sensami jakie nam tylko do głowy przyjdą? Czy jest ono rodzajem językowego komunikatora, który wypełnia przestrzeń między ludźmi i uszczelnia ją bardziej niż wata mineralna otula fasadę budynku? Powiem szczerze, nie znam powodów kariery „no”. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kształt graficzny tego wyrazu i wynikające zeń walory estetyczne, zwłaszcza jeśli zapisać go czarnym tuszem, dobrze zaostrzonym pędzelkiem… Czy to nie jest pocieszające?

*

Czas odchodzenia. Czas zamilknięcia wielkich głosów. Henryk Mikołaj Górecki, Jerzy Nowosielski, Irena Kwiatkowska... Wybitni artyści, którzy pozostawili po sobie przejmujące utwory, wspaniałe obrazy, wybitne role. Nie ready mades, oni zostawili rzeczy niepowtarzalne. Z Monologu Henryka Mikołaja Góreckiego opublikowanego w styczniowym numerze miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk” przepisuję krótki fragment: „Kiedyś usłyszałem w radiowej «Dwójce» – uleciał mi autor i tytuł tej książki, że jeśli autor walnie w ścianę i zrobi dziurę – jest to dzieło sztuki. Pfe! Potem powychodziły różne rzeczy, że twórca wziął i wysypał koszyk kartofli, i siadł z chustką, i skrobał te kartofle… A drugi twórca gdzieś tam, w sposób ordynarny, plugawy, zrobił kupę… – i też jest twórcą, i to jest dzieło sztuki?! W tym wszystkim zabrakło najważniejszego, odpowiedzi na pytanie – kto to jest twórca?”.

Górecki jest twórcą i twórca (?) kupy jest twórcą?! Trudno się z tym zgodzić, choćby z powodów estetycznych… 

Dopóki spierają się ze sobą krytycy sztuki czy muzykolodzy, w środowiskowych wycieczkach cyzelując metajęzyk i krytyczne pazurki, wszystko jest w porządku. Kiedy jednak głos zabiera artysta wielki na miarę wielkości III Symfonii Pieśni żałosnych, i ten artysta nie rozumie sztuki, o którą spierają się ze sobą „znawcy” przedmiotu, o to już pachnie skandalem! I nie jest to zapach przyjemny. Pfe!

*

Górecki, Nowosielski, Kwiatkowska przeszli już na stronę sztuki milczenia. Sztuka milczenia nic nie powie tym, którzy milczeć nie potrafią. Muszą gadać, gadać i gadać. Rzadziej do rzeczy, częściej od. Jednym z takich gadających artystów (bez sprecyzowanego medium), bo pracującym z postperformance, obrazem, dźwiękiem, językiem i kodem jest Przemysław Sanecki (rocznik 1977). Sanecki gada na łamach osiemnastego numeru „RityBaum”. To znaczy najpierw drukują jego Pamflety, a potem rozmowę z Pamfletów autorem. Z jednego i drugiego wynika, że Sanecki jest niezależny do bólu, że czuje się anarchistą i wie co należy zrobić, żeby wreszcie zapanował w sztuce sprawiedliwy ład i czystość (aktu twórczego?, intencji artysty?, sytuacji artysty w społeczeństwie i państwie? – tutaj brakuje klarowności przekazu). W jego myśleniu skompromitowanej sztuce zostaje przeciwstawiona twórcza aktywność w świecie, swoista „wiedza radosna”. Sztuka, a przynajmniej to, co za sztukę uznajemy, uwikłana jest w „kapitalistyczno-państwowy totalitaryzm” i nie ma dla niej ratunku. Problem dojrzał do ostatecznego rozwiązania: „Sztuka powinna mieć eliminatywny charakter. Mielibyśmy dziś już spokój z tym całym gównem, na które nakleja się etykietkę «sztuka»”. Ratunkiem dla sztuki jest zatem „anulowanie” sztuki, jej swoista autodestrukcja (z wydatną pomocą artysty-destruktora). Należy sprawić, „by została utracona ciągłość sztuki. Wystarczy kilka lat. Podzieli tym samym los wymarłych kultów, języków. Będzie obiektem archeologicznym lub czymś równie dziwacznym jak dzisiejsze neopogaństwo. Tak, tak właśnie powinniśmy myśleć o sztuce. Neopogaństwo.”

Dlaczego przytaczam te egzotyczne wywody, a jak się państwo domyślacie, przytaczam je wybiórczo i w sposób stronniczy? Otóż dlatego, że pomysły te nie są groźne dla sztuki Henryka Mikołaja Góreckiego, Jerzego Nowosielskiego czy aktorstwa Ireny Kwiatkowskiej, one tej sztuki nie sięgają i sięgnąć jej nie mogą, tak jak nie dotykają poety Tadeusza Różewicza („poezja jest gwałtem na rozumie” pisze P. Sanecki), Krzysztofa Pendereckiego czy Andrzeja Wajdy. I nie dlatego, że przytoczeni tutaj artyści wielcy są, bo z tą wielkością różnie bywa i bywało, ale dlatego, że w warunkach opresyjnego społeczeństwa Różewicz napisał Spadanie, Penderecki skomponował Stabat Mater a Wajda nakręcił Ziemię obiecaną. A przywoływany tutaj autor Pamfletów? Zrealizował performance, który polegał na wypraszaniu z galerii obecnych tam osób, co jest oczywiście śmiałym przykładem twórczej obecności w świecie i interesującą próbą zmiany obrzydliwego systemu (który zresztą rzeczywiście jest mało pociągający). Cóż… A jednak w „radykalizmie” P. Saneckiego upatruję pewnej szansy. Szansy na co? Na recykling. Otóż być może postulowana anihilacja „sztuki”, przyczyni się do usunięcia choćby odrobiny śmieci, które potęgują chaos w obszarze sztuki („Konieczna jest czystość.”). Poważnie też traktuję postulat: „Należy skończyć z fałszywą świadomością”. I tutaj rada, chcąc walczyć ze sztuką należy usytuować się poza nią, nie tylko „wycofać jakąkolwiek istotność ze znanej obecnie sztuki”, bo to jest łatwe. Beznadziejnie łatwe. Proponuję coś trudniejszego: po pierwsze, należy radykalnie zerwać z językiem sztuki, także z językiem mówienia o sztuce, po drugie, żeby sprawa była czysta a sytuacja klarowna należy wycofać się z obszaru zwalczanej sztuki, wyekspandować się z niego raz na zawsze. Powodzenia!

*

Na czwartej stronie okładki „RityBaum” kolaż zdjęciowy: naga dziewczyna na kibelku typu dolnopłuk. Na przedramionach tatuaże, na paznokciach dłoni i stóp czerwony lakier, na stopach lekkie obuwie wiązane wokół kostki, na głowie ogromny pluszak – łeb pieska z wywieszonym jęzorem. Całość przykra – „brudna” i w złym guście. Sytuacyjny infantylizm. Metafora sztuki wyemancypowanej? Sztuki poszukującej? A jeżeli poszukującej, to czego? Nie bawi, nie szokuje, ba, nawet nie drażni. A jednak coś wzbudza – zakłopotanie, jakie odczuwa się w obecności dorosłej osoby, która sepleni jak pięcioletnie dziecko: „stuka”, powtarza, „stuka”, „stuka”.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 2(36)2011]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE