Jest sobota 18 grudnia 2010 roku, dochodzi siódma po południu. Tegoroczne adwentowe zmierzchy są ciemne i mroźne… Słucham The Köln Concert Keitha Jarretta. Akustyka kolońskiej opery przypomina mroźny dzień, kryształki dźwięków osiadają na klawiaturze, wirują na monitorze komputera, zamieniając się w zgrabne piksele. Wydaje mi się, że jestem tam, w Kolonii, otoczony przez mocno wybrzmiewające akordy, zanurzony w skończenie pięknej nieskończoności. Być może jestem tam naprawdę. Być może bardziej niż naprawdę. A z pewnością jestem… taniej. Bilet autokarowy z Gdyni do Kolonii kosztuje w zależności od przewoźnika od 44 do 79 euro. A potem z tym biletem w garści trzeba by jechać długie godziny, kierując się na Szczecin, żeby po przekroczeniu granicy w Kołbaskowie, dalej przez Hannover, Dortmund, Bochum, Essen, Duisburg, Krefeld i Düsseldorf, po dwudziestu godzinach autokarowej mordęgi znaleźć się w Kolonii na Breslauer Platz. I co dalej? Dokąd pójść? Do opery! Ale o Keithu Jarretcie 35 lat po jego recitalu nikt już nie pamięta. Właśnie dają Uprowadzenie z Seraju, ach, przepraszam: Die Entführung aus dem Serail Mozarta, operę komiczną z librettem Gottlieba Stephanie w inscenizacji Uwe Erica Laufenberga. Sopranistka Anna Palimina w roli Konstancji miota się po pałacu Selim Baszy, Basza (w tej roli Ihsan Othman) odpowiada jej tekstem mówionym, bo jak państwo pamiętacie Uprowadzenie z Seraju to singspiele czyli śpiewogra.  Ale, ale… Pójść można, tyle że bilety trzeba było zarezerwować tydzień wcześniej. I co? Nic. Ostatnie dźwięki The Köln Concert wybrzmiewają jakby z namysłem, artysta wypełnia je ciszą jak śnieg białą. Kiedy fortepian milknie, odzywają się oklaski.

*

„Malarstwo jest sztuką milczenia” – Jerzy Mierzejewski, sędziwy malarz, mówi z trudem, wydaje się, że akt mowy każdorazowo poprzedzony być musi decyzją o przerwaniu milczenia, a ta nie przychodzi łatwo. Żeby przerwać milczenie, trzeba mieć coś do powiedzenia. Nie warto przerywać milczenia, żeby mówić od rzeczy. Trzeba mówić do rzeczy. I malować do rzeczy.

91-letni artysta mówi do kamery: „Ja bym tak sobie wyobrażał, że jeszcze dla tych moich rozmyślań, to jeszcze by się przydało parę lat. A jak nie, to nie. Jak tylko myślę o śmierci, zaczynam być bardzo spokojny. Zaczynam być bardzo spokojny.”

Spokój, nastrój skupienia, wewnętrznego wyciszenia emanuje z kadrów filmu Rafaela Lewandowskiego – scenarzysty, reżysera i autora zdjęć (razem z Jakubem Gizą). Z obrazem doskonale współgra muzyka Maurice Ravela w wykonaniu Kevina Kennera. Film zrealizowany w 2008 roku na zlecenie TVP Kultura dostałem na płycie CD od Macieja Mazurka, poety i malarza, redaktora i krytyka sztuki, który zresztą pojawia się na planie Sztuki milczenia. Długo nie było czasu, żeby dokument obejrzeć, a kiedy już czas się znalazł, zakochałem się w tych zdjęciach jak sztubak. Prostota, powściągliwość, redukcja środków wyrazu, to wszystko, co charakteryzuje obrazy Jerzego Mierzejewskiego, stanowi również o urodzie filmu.

A więc można i tak? Prowadzić obraz filmowy kadr po kadrze z kulturą, taktem, umiarem, a jednocześnie otwierać percepcję widza na obszary, które są poza kadrem, poza planem filmowym, na pytania, które nawet nie wypowiedziane, unoszą się nad sztuką milczenia, domagając się odpowiedzi. I te odpowiedzi przychodzą. Jeszcze długo po obejrzeniu filmu.

A więc można i tak żyć? Od obrazu do obrazu, od słowa do słowa, od rzeczy do rzeczy, od życia do śmierci – pracowicie, cierpliwie, uparcie drążyć, karczować korzenie, wiercić artezyjskie studnie, doskonalić rzemiosło, sublimować sztukę widzenia, wypuszczać ku rzeczy oko jak wytrawnego zwiadowcę, przyglądać się fakturom, ich wewnętrznej migotliwości, podglądać tajemnicę malarskich płaszczyzn. Tajemnica i semantyka, ot co.

*

Jerzy, syn Jacka Mierzejewskiego, słynnego malarza formisty, przez większość swojego pracowitego życia był mało znanym artystą. Zajęty pracą pedagogiczną, prowadził poszukiwania artystyczne podróżując po świecie, studiując mistrzów: Fra Angelico, Ingres’a, Cézanne’a. Dał się poznać szerszej publiczności dopiero wtedy, kiedy uznał, że jako malarz mówi swoim własnym językiem. Wtedy przedstawił się jako „malarz braku”: „Maluję, to czego mi brak i sądzę, że jeśli brakuje mi właśnie harmonii, uczucia, spokoju czy ciszy i syntezy, to być może i innym jest to potrzebne.”

Namalować ciszę i syntezę? To znaczy co? „Śmierć jest ostatecznym obrazem całości” – mówi artysta na ścieżce dźwiękowej Sztuki milczenia i jest w tym stwierdzeniu harmonia i spokój. „Jak tylko myślę o śmierci, zaczynam być bardzo spokojny.”

*

Piotr Szulkin (na festiwalu Camerimage w Łodzi): „Bardzo potrzebowaliśmy takiej postaci, postaci z bajki, postaci mitycznej, rekompensującej nasze słabości. Świat, który nas otacza, jest tak brudny, ordynarny, głupi, agresywny, że z pewnością nie dopuściłby do fizycznego istnienia i przeżycia osoby o cechach Mierzejewskiego. Właściwie jedynym pośrednim dowodem na istnienie wirtualnej postaci M. są jego uczniowie. Innym dowodem są jego obrazy, lecz są to obrazy zbyt dobre i zbyt wiele w nich malarskiej magii, by mogły istnieć naprawdę...”.

*

Jakoś tak pod koniec listopada spiesząc ulicą Grodzką w Lublinie na spotkanie z poetami węgierskimi, zderzyłem się ze sporym tłumkiem podekscytowanej publiczności. Publiczność przyglądała się „obiektowi sztuki”, obfotografowywała go, nerwowo przebiegała z jednej strony ulicy na drugą, jakby w poszukiwaniu lepszego punktu widzenia. Wszystko to działo się wokół mężczyzny w czarnym płaszczu i z workiem foliowym na głowie. Mężczyzna stał nieruchomo. Kilka przedmiotów codziennego użytku współtworzyło sferę symboliczną działania. Sądząc po symbolice przekazu, rzecz należałoby zakwalifikować do sztuki naiwnej. Później dowiedziałem się, że był to projekt w ramach Festiwal Performance „Platform Lublin 2010”. Działanie jak działanie, ani bardziej ani mniej interesujące od wielu innych tego typu przedstawień. Dla mnie o tyle ważne, że właśnie w momencie kiedy mijałem ten szczególny „obiekt sztuki” doznałem oświecenia i zrozumiałem, że rewolucja, którą rozpoczął Duchamp, a która jak chcą niektórzy zachwiała pięćsetletnią tradycją sztuki zachodniej, tak naprawdę wyprowadziła sztukę w pole. Na tym polu mnożą się gesty i ready mades, prace w otoczeniu i prace wideo, coraz bardziej zideologizowane, coraz bardziej krzykliwe i agresywne. To pole niepostrzeżenie zmieniło właściciela. Coraz trudniej przypisać je do świata sztuki, coraz bardziej prawomocnym zarządcą tego pola jest kultura masowa albo pop kultura. Dlaczego tak się stało? Dlatego, że „sztuka”, o której tutaj mówię wzięła rozbrat z rzemiosłem. Dlatego, że potrzeba natychmiastowego efektu, zastąpiła długie lata terminowania, kształtowania narzędzi wypowiedzi artystycznej, dojrzewania do własnego języka.

A sam Duchamp, który narobił tego bigosu? Zanim ogłosił się ikonoklastą, pobierał lekcje u Cézanne’a (Portret ojca artysty, 1910 czy Gra w szachy, 1910), Braque’a i Picassa (Sonata, 1911, Krzak, 1910–1911) i były to lekcje świetnie odrobione. I właśnie tego brakuje mi u wielu współczesnych autorów rozmaitych działań artystycznych czy paraartystycznych – jeśli nawet wiedzą, co wybrali, to nie wiedzą, co odrzucili. „Nie ma rozwiązania, bo nie ma problemu”, powiedział Duchamp, autor Panny młodej rozebranej przez swych kawalerów, jednak. Dodajmy, sztuka milczenia nic nie powie tym, którzy milczeć nie potrafią. Muszą gadać, gadać i gadać. Rzadziej do rzeczy, częściej od.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 1(35)2011]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE