Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia

Pomyślałem sobie, że cykl felietonów, jeśli ma mieć jakiś wspólny rdzeń, warto zacząć od początku, od mojego sopockiego początku. Do Trójmiasta sprowadziłem się w 1981 roku. Tuż przed sławetnym grudniem. Grudzień był zły, ale data dobra, bo jeśli już żyć w ciekawych czasach, to przynajmniej warto wiedzieć dlaczego są ciekawe. Na początku lat osiemdziesiątych trudno było o miejsce lepsze niż Trójmiasto do wyrobienia sobie właściwych poglądów na ? jak mawiają uczelniani humaniści ? dookolną rzeczywistość. Do Sopotu nie sprowadziła mnie jednak potrzeba filozofowania, ale małżeństwo z rodowitą sopocianką, co samo w sobie zasługuje na uroczystą formę eposu a nie na tekst przygodny, jakim jest felieton.

O roku ów! Roku siermięgi i octu! Roku sromotnego upadku formacji ustrojowej zwanej Peerelem! Roku wstydu i turystycznego telewizora czarno-białego! (Telewizor kupiłem, czekając aż przywiozą ryby, ale ponieważ zwlekali z dostawą a w sąsiednim sklepie rzucili telewizory 12-calowe, więc kupiłem to co wszyscy ? telewizor i z wrzawą wielką i tryumfem wróciłem do domu. Żona jednak spojrzała jakoś tak koso i powiedziała: "to nas nie nakarmi". Jak zwykle miała rację, bo gdzie telewizorowi do ryby! Nie potrafi ani pływać, ani milczeć, nie wspominając o tym, że nie da się z niego uzyskać tego, co w rybie najbardziej pożyteczne i piękne. Myślę naturalnie o filecie rybnym, który tylko i wyłącznie z ryby pochodzić może. Filetowanie telewizora zdaje się nie mieć większego sensu, choć ? przyznajmy ? budzi pewne nadzieje estetyczne i tęsknoty ideowe.) Ale wracajmy do przerwanej jeremiady? Roku wrony i kosmitów, którzy trzynastego grudnia wylądowali w naszym pięknym, choć nadpsutym kraju; którzy łazili parami jak to nieszczęścia mają w zwyczaju, okutani w szaro-zielone waciaki, i tylko wystające z tych waciaków czerwone łapy kazały podawać w wątpliwość kosmiczne pochodzenie przybyszów, przywołując na pamięć raczej mazowieckie równiny i galicyjskie pustki niż kratery na księżycu i pierścienie Saturna.

Głupi roku głupio zakończony!

Tak więc pierwszy mój rok sopocki nurzał się w dojmującym głupstwie, wciągając w swą rozbełtaną otchłań to co w nim było dobre i piękne. I kto wie, jakby się te zapasy z otchłanią (czytaj: rzeczywistością polityczną) zakończyły, gdyby nie innego rodzaju badania, które pochłonęły mnie wtedy bez reszty. Przedmiotem ich była mapa Sopotu i jej skraj. Wychodziłem z mieszkania w kamienicy przy alei Niepodległości 821, kierując się jednego dnia na lewo, drugiego na prawo, a zawsze dochodziłem do morza czyli do skraju miasta.

Jeśli szedłem w lewo, to po dwudziestu krokach od domu wchodziłem w bramę, przemierzałem chodniczek wzdłuż zakładu, w którym ongiś produkowano wafle i napełniano syfony, i po sfatygowanych kamiennych schodkach schodziłem do "smrodku", ba, zanurzałem się w smrodku, starając się nie rozglądać na boki i płytko oddychać. "Smrodkiem" miejscowi nazywają tunel pod torami kolejowymi, obskurny, ciemny, wilgotny i wiecznie zapaskudzony, słowem stanowiący fantastyczną scenerię dla rozmaitych horrorów. Po szczęśliwym przekroczeniu smrodku (35 kroków!) wychodziło się na zalany światłem skwer porośnięty kasztanowcami. Tutaj nabierało się powietrza w płuca i dziękowało Panu Bogu za opiekę. Ulicą dra Aleksandra Majkowskiego (1876-1938), lekarza, poety i dramaturga, działacza młodokszubskiego dochodziłem do ulicy Powstańców Warszawy, żeby po jej przekroczeniu znaleźć się w nadmorskim Parku Północnym. Stamtąd już krok do plaży, a na plaży stała mewa. Stała, patrzyła czerwonym okiem i dziwiła się. I chyba przez to czerwone oko, natarczywością tego czerwonego spojrzenia skonfundowany i rozdrażniony, nigdy nad morzem dłużej zabawić nie mogłem.

Jeśli po wyjściu z domu kierowałem się na prawo, po kilkudziesięciu metrach skręcałem w ulicę Jakuba Goyki (1844-1927), rybaka, marynarza pływającego na niemieckich żaglowcach i gawędziarza kaszubskiego, który ? wbrew napisowi na tabliczce na imię miał Franciszek, i dochodziłem nią do Parku Północnego. Pełen złych przeczuć skradałem się do wydm, ale kiedy tylko je przekraczałem, historia powtarzała się ? na plaży stała mewa. Stała, patrzyła czerwonym okiem i dziwiła się. A ja zatrzymywałem się stropiony i zgnębiony jej kategoryczną niechęcią, zgnębiony, bo w głębi duszy przyznawałem jej rację. Tak, byłem tutaj intruzem. Nie dla mnie, nielota, napowietrzne fikołki i ślizganie się po grzbietach fal. Mogłem tylko jak ostatni chomąt i łach siąść w piachu i gapić się na morze.

Toteż z czasem zamiast nad morze, zacząłem wymykać się na dach. Cóż, ona też tam była i bezczelnie łypała czerwonym okiem. Ale tutaj czułem przewagę: - Mój dach? Mój. Moja papa? Moja! Moje rynny? Moje! ? Bez pardonu przeganiałem latającą hołotę, potem godzinami patrzyłem w niebo nad Sopotem, a ono szumiało i mieniło się kolorami. Nad głową płynęły statki pasażerskie i jachty dalekomorskie, machałem im leniwie ręką, co mogło wydawać się pozdrowieniem, ale mogło też zostać uznane za odganianie natrętnych much. Zależy jak kto patrzy.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: "Strony", 1-2(26-27)2009]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE