To miał być felieton na zupełnie inny temat, ale z soboty na niedzielę okazało się, że tematem będzie Niemen. O Niemenie wszyscy wszystko wiedzą, pamiętają go, słuchali piosenki, oglądali występy, cenili go, bądź nie cenili, choć mam powody przypuszczać, że nawet ci, którzy początkowo za Niemenem nie przepadali z czasem go polubili! Polubili do tego stopnia, że dzisiaj mówią o nim, jako o "ikonie muzyki popularnej", które to określenie wydaje się być jednym z modnych obecnie dziwolągów językowych. Choć na początku nie lubili i to mocno. Pisali, że wyjec, przebieraniec, bikiniarz, papieru na wykonywanie zawodu artysty estradowego dać nie chcieli, zarzekali się, że "…nie będziemy lansować Niemenków" (Wincenty Kraśko, aktywista partyjny), w ogóle ob. Wydrzycki był jakiś inny, nie pasujący do szarzyzny, do siermięgi peerelowskiej mazowiecko-galicyjskiej, do piaseczku szarego żółtego miałkiego i takiejż szarej rzeczki modrej płytkiej.

Niemen był inny – kolorowy, papuzi, wrzeszczący i to nas, chłopaków z roczników pięćdziesiątych, zachwycało i pociągało. To, że był fenomenalnie utalentowany i fenomenalnie pracowity też z czasem zaczęło do nas docierać, choć pociągało mniej. To że po występach nie balangował, tylko machał w garderobie hantlami bądź majstrował przy elektronicznych zabawkach było znacznie mniej atrakcyjne niż koedukacyjne zabawy w chodzi lisek koło drogi i kółko graniaste.

Niemen szybki był. Słuchaczom trudno było nadążyć mentalnie za zmianami muzycznych stylistyk, kiedy jedni byli jeszcze przy piosenkach latynoamerykańskich, on już był przy twiście i rock'n'rollu, kiedy polubiliśmy Niemena-rock'n'rollowca, on już był przy soulu i rhythm'n'bluesie, kiedy i tam dotarliśmy, Niemen grał psychodelicznego rocka, skąd przeskoczył szybko do rocka progresywnego, a kiedy i tego Niemena polubiliśmy, on już grał jazz-rocka i fusion, stamtąd już tylko krok do muzyki elektronicznej, która dla wielu fanów stanowiła "przeszkodę" nie do pokonania. Ale i na tym Niemen nie poprzestał, zanurzając się w świecie muzyki filmowej i teatralnej. Te zanurzenia były źródłem licznych nieporozumień. Sam byłem świadkiem, kiedy to w roku 1975 lub 1976 w poznańskiej "Arenie" Niemen grał utwory z płyty Niemen AerolitPielgrzyma, Daj mi wstążkę błękitną i Smutny Ktoś, biedny Nikt, a zdezorientowana publiczność z uporem domagała się "papug". Potem jeszcze wielokrotnie na koncertach Niemena słyszałem ten sam rozpaczliwy wrzask: "Czesiu, papugi!".

Niemen wyprzedzał nas. Był niespokojnym duchem, sam tak powiedział: "…należę do ludzi niespokojnych. Zawsze proponowałem, jeśli nie coś nowego, to chyba coś innego". Wyznaczał kierunki, torował drogę, nigdy nie był tam, gdzie spodziewaliśmy się go zastać, zawsze był gdzie indziej. To jednak nie była ucieczka dla ucieczki. Na każdym etapie pozostawiał fantastyczne kompozycje, wielkie wykonania. On naprawdę był numerem 1.

No więc w sobotę 22 sierpnia odebrałem telefon od Wojciecha Fułka, publicysty muzycznego, znawcy big-beatu i współautora filmów o polskim rock'n'rollu, który miał "wolne" zaproszenia do sopockiej Opery Leśnej na koncert zorganizowany w związku z przypadającą w tym roku 70. rocznicą urodzin, a jednocześnie piątą rocznicą śmierci Niemena. Jeszcze pięć lat temu kierowałem gdyńską redakcją "Gitary i Basu", magazynu muzycznego, którego właścicielem był Janusz Popławski, ongiś gitarzysta Niebiesko-Czarnych i kolega estradowy Niemena. Dzisiaj nie ma już ani Czesława, ani Janusza. Są miejsca i jest muzyka.

Jeśli miejsca to ulica Gnilna w Gdańsku, gdzie na przełomie lat 50. i 60. Niemen mieszkał w szkolnej bursie. Ulica Obrońców Westerplatte w Sopocie, gdzie na krótko wynajął piwnicę, ulica Chodowieckiego 3, gdzie wespół z jazzmanem Helmutem Nadolskim wynajmował pokój, liczne inne stancje i pokoje na trasie Gdańsk, Sopot, Orłowo, które zmieniał często, choć na stałe zameldowany był w Oliwie, u teściów Krzysztofa Klenczona, ale tylko zameldowany. Trójmiejskie peregrynacje Niemena trwały od jego przyjazdu w 1958 roku z grodzieńszczyzny do Gdańska, aż do wyjazdu do Warszawy w roku 1966. Wcześniej i później wielokrotnie występował w Trójmieście, od gdańskiego Żaka począwszy (obecnie inna lokalizacja klubu), przez nieistniejący już Teatr Letni w Sopocie (w tym miejscu stoi teraz nowoczesny Hotel Haffner), nieistniejący Non Stop (dzisiejsze targowisko naprzeciwko hipodromu), aż po na szczęście istniejącą Operę Leśną. Po raz ostatni pojawił się w Operze Leśnej w roku 1996, podczas koncertu "Atlas polskiego rocka", przygotowanego z okazji jubileuszu 75-lecia "papy" Franciszka Walickiego. Są też nowe miejsca, związane z Niemenem, o których on nic nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł – skwer jego imienia w centrum Gdańska, rondo w Sopocie.

Piosenki Niemena na koncercie jubileuszowym przypomnieli ciągle fantastycznie śpiewająca Maryla Rodowicz (Kiedy się dziwić przestanę), diabelnie utalentowany Piotr Cugowski (Wspomnienie), żywiołowy Sebastian Karpiel-Bułecka (Płonie stodoła), ekscentryczna Marysia Peszek (Ptaszek) i inni. Ja najbardziej ucieszyłem się z wykonania piosenek, które szczególnie lubię: wiersz Jarosława Iwaszkiewicza Nim przyjdzie wiosna zinterpretował Stanisław Soyka, a Dobranoc Mickiewicza – Zbigniew Wodecki. Zaraz po koncercie obydwie piosenki zaczęły walczyć ze sobą o miejsce w mojej głowie. Kilka fraz jednej, i po płynnym przejściu – kilka taktów drugiej. I tak na zmianę. Nim wróciłem do domu, śpiewała mi się hybryda, która w wolnym zapisie idzie mniej więcej tak:

Dobranoc! już dziś więcej nie będziem bawili,
Niech snu anioł modrymi skrzydły cię otoczy,
Dobranoc, niech odpoczną po łzach twoje oczy,
Dobranoc, niech się serce pokojem zasili.

I tylko przez sen wyciągam ręce
- to mnie nie budzi, nie chcę nic więcej –
bo wiem, że jestem w nieskończoności,
w morzu miłości do ludzi.

Skleiły się teksty, początek jednego wiersza z zakończeniem drugiego. Skleiły melodie. Obydwie piękne. I śpiewają się same, nie bacząc na filologiczną przyzwoitość.

A po koncercie w Operze Leśnej niejaki "kawan" napisał na Forum Onetu: "Mistrzowi Niemenowi nikt nie dorówna. Poziom Niemena jest po prostu nieosiągalny", i była to jedna z nielicznych wypowiedzi nie gnojąca wprost wykonawców śpiewających piosenki Niemena. Czytając niewyparzone opinie blogerów zrozumiałem, że stało się coś, czego Niemen najprawdopodobniej nie chciał i czego przewidzieć nie mógł, otóż, został "przyswojony" przez gust powszechny i teraz gust powszechny jest strażnikiem pamięci Niemena. Gust powszechny czyli kto? "Malkontenci, niewdzięcznicy, ludzie bez słuchu, smaku i kultury osobistej", jak charakteryzuje ich bloger(ka) o nicku "dość", dodając: "Żadnych koncertów nie powinno się dla was organizować. Powinno się tylko zainstalować w klubach karaoke, żebyście mogli sami wyć fałszywie do mikrofonów i cieszyć się oklaskami pijanych gości".

Ale czy można wygrać z gustem powszechnym? Wydaje się, że szanse są nikłe. W czerwcu tego roku NBP wyemitował monetę powszechnego obiegu o nominale 2 zł ze stopu Nordic Gold i z wizerunkiem Czesława Niemena. Niemen jest w obiegu powszechnym i nic już tego powstrzymać nie zdoła. "Dziwny jest ten świat".

Krzysztof Kuczkowski 
[druk w: "Strony", 3(28)2009]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE