W czasie Kongresu Kultury Polskiej 2009 przez moment pańskie oko (tak, tak, to samo oko, które „konia tuczy”) spoczęło na twórcach i animatorach kultury, nie wydaje się jednak, żeby ci ostatni poczuli się przez to dowartościowani. Może dlatego, że moment to za krótko, żeby postanowić cokolwiek. Trzeźwi komentatorzy zwrócili uwagę, że skoro przy Kongresie nie powołano komisji wniosków i uchwał, to i wniosków końcowych trudno się spodziewać. Pozostało kilka ogólnych postulatów, jak te: „Kongres Kultury Polskiej domaga się uznania przez władze państwowe zobowiązań wynikających bezpośrednio z artykułu 6. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, domagamy się zapewnienia obywatelom należnego im dostępu do kultury, materialnym tego wyrazem jest podniesienie nakładów na kulturę do wysokości 1 proc. w budżecie państwa”. No i pięknie! Postulaty zostały zapisane i podkreślone wężykiem. Z pewnością będą wysłuchane. Zrealizowane z pewnością nie zostaną. A jeśli nawet tak, to z pewnością nie prędko.

Tak w Peerelu, jak i w wolnej i samorządnej RP, karty rozdają politycy. W Peerelu pisarze służyli politykom do tego, żeby legitymizować ustrój (i sojusz) robotniczo-chłopski, w stanie wojennym, żeby legitymizować stan wojenny, w ustroju liberalno-demokratycznym niczego już legitymizować nie muszą, więc przypomina się ich głównie wtedy, kiedy dostają nagrody, najlepiej międzynarodowe, najlepiej Nobla, i wtedy, kiedy umierają. Ale nawet kiedy umierają, politycy żrą się nad ich trumnami. Od Kongresu Kultury Polskiej 2009 politycy raczej stronili. Bo i co mieliby z tym fantem robić? Kultura, zwłaszcza zaś tzw. kultura wysoka, będzie interesować ich w jednym jedynym przypadku – kiedy zacznie przynosić dochody. Bo wtedy trzeba je będzie sprawiedliwie dzielić, a politycy znają się na dzieleniu jak mało kto. Z pewnością jednak jeszcze długo nie będzie czego dzielić, a są dziedziny, które prawdopodobnie nigdy nie przyniosą wymiernego zysku! Zgroza!

Na Kongresie Kultury zaprezentowano piętnaście raportów. Raport o finansowaniu i zarządzaniu instytucjami kultury przygotowany przez Jerzego Hausnera z zespołem potwierdza, że miasta, które postawiły na kulturę, na jej wszechstronny rozwój (wszechstronny, a więc nie tylko kultura festynów i masowych igrzysk), zyskują coś więcej niż tylko wpływy do miejskiej kasy, zyskują bowiem opinię miasta przyjaznego, dynamicznego i otwartego, a taki wizerunek sprzyja przyciąganiu kapitału. Oczywiście, to co sprawdza się we Wrocławiu, Łodzi, Toruniu i Poznaniu, niekoniecznie sprawdzić się musi w dziesiątkach innych miast i miasteczek. Chociaż… Na początku września br. wraz z kilkoma innymi autorami „Toposu” czytaliśmy wiersze najpierw w Wiedniu i Grazu, na koniec w liczącym trzy tysiące głów austriackim miasteczku Wies, z którego widać góry po słoweńskiej stronie. I właśnie w Wies słynącym ze Święta Dyni czekała nas największa niespodzianka: ekspozycja kilkunastu profesjonalnie wydanych książek z miejscowej oficyny (!), spotkanie z pisarzami, również miejscowymi (!), urządzony w nowoczesnej remizie strażackiej profesjonalnie wyposażony teatrzyk na 70 miejsc siedzących, gdzie na premierze Nocy Helvera naszego rodaka Ingmara Villquista w wykonaniu miejscowej trupy krzesła trzeba było dostawiać, na koniec urządzona w olbrzymiej stodole sala widowiskowo-kinowa. Skąd takie zainteresowanie kulturą? Kilka lat temu odbyła się w Wies ważna publiczna dyskusja z udziałem miejscowych władz i posłów do parlamentu na temat funkcjonowania kultury. Zdecydowano wtedy, że ważniejsza od masowości kultury jest jej jakość, a że po jakimś czasie, zwłaszcza w miesiącach kiedy zupa z dyni smakuje najlepiej, Wies stało się miejscem modnym, do którego turyści ściągają nawet z odległego Grazu, to już inna sprawa. Liczyła się odwaga i decyzja podjęta w odpowiednim momencie. Wies zyskało nowy, atrakcyjny wizerunek i opinię miejsca, w którym warto bywać, a to przekłada się na Euro.

I to w zasadzie tyle. Pozostaje jeszcze kwestia tytułowej opery. No właśnie, to miał być felieton o sopockiej Operze Leśnej, która obchodzi stulecie istnienia. Jednak w trakcie lektury monografii Wojciecha Fułka pt. Od Huzarów Śmierci do Eltona Johna. 100 lat Opery Leśnej w Sopocie zwróciłem uwagę na towarzyszące sztuce wątki polityczne i tak już poszło. Bokiem poszło. Bokiem wyszło. Ale po kolei. Zaczęło się wszystko w roku 1909. Premierowym przedstawieniem na Naturalnej Scenie w Sopockim Lesie był Obóz nocny w Grenadzie Conradina Kreutzera. Wszystkich – i wykonawców i publiczność – zachwyciła naturalna sceneria i akustyka Doliny Prątki. Jeszcze na początku lat 20. na widowni spotykali się gdańszczanie i sopocianie, Niemcy i Polacy, kuracjusze i autochtoni. Do „nowego Bayreuth” przyjeżdżali goście z całej właściwie Europy, żeby słuchać Wagnera. Jednak wraz z narastającymi tendencjami nazistowskimi pojawił się nowy język polityczny, który Zoppoter Waldoper przekształcił w świątynię sztuki. Na jej deskach odbywać się miał teraz rytuał odrodzenia germańskiego ducha. Monumentalne akordy oper Wagnera wspierała gigantyczna scenografia i wystrój sceny. Ot, choćby taka kurtyna długa na 125 metrów, wysoka na 8, którą przesuwało 60. chłopa. Całą scenografię przygotowywało 450 osób, a za szybką przebudowę wystroju sceny w trakcie spektaklu odpowiadało 150. pracowników. Toż to prawdziwa fabryka! W latach trzydziestych, a zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy, była to fabryka w całości podporządkowana nordyckiemu duchowi i nazistowskiej ideologii. No i ideologia pogrzebała Richard Wagner Festspiele. A niewiele brakowało, żeby ideologia, choć już spod innego znaku, nie pogrzebała samej Opery czy nawet Sopotu. Po wyzwoleniu patronem ulicy prowadzącej z drewnianego mola niemal wprost na leśną scenę został marszałek Rokossowski. Zdemolowany i splądrowany przez hordy wyzwolicieli obiekt znowu stał się przestrzenią ścierania się polityki i sztuki. Najpierw należało zatrzeć i zdemontować opinię Opery Leśnej jako miejsca kojarzonego z ideologią nazistowską. W ten sposób na długie lata z publicystyki (i historii Opery Leśnej) wykreślono nazwisko Richarda Wagnera, chyba że z doklejoną łatką „wyznawcy rasizmu”, z lasu zniknął ogromny kamień z nazwiskami budowniczych opery. I dobrze, że tyko kamień, mogło być gorzej, bowiem w czasie kiedy sejm wybrał Bolesława Bieruta Prezydentem Polski, partyjne władze wojewódzkie poważnie zastanawiały się czy nie przyłączyć Sopotu do Gdańska, jako „miasta pasożytniczego, nie produkującego żadnych dóbr materialnych i posiadającego samowystarczalność koniunkturalną”. Dalibóg nie wiem, o co chodziło z tą „samowystarczalnością koniunkturalną”, ale dociekać nie zamierzam. W 1961 roku miał miejsce I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, który odbył się w… Hali Stoczni Gdańskiej (dopiero czwarty kolejny Festiwal odbył się naprawdę w Sopocie i naprawdę w Operze Leśnej). Według pomysłodawców (Władysław Szpilman) chodziło o umożliwienie polskiej piosence startu na arenie międzynarodowej, według towarzyszy partyjnych o podkreślenie polskości Wybrzeża. No i tak zaczęły się wieloletnie zmagania w tym, kto kogo okpi. Tow. Witold Skrabalak z ramienia Wydziału Kultury KC czuwający nad decyzjami (!) jury festiwalowego, konsultował sprawy najwyższej wagi państwowej w sposób następujący: „Ruski w tym roku kiepski, a kto może utłuc Amerykankę?”. Okazało się, że np. w 1966 roku Amerykankę utłukła „piękna córa Hellady”. Narzędziem tow. Skrabalaka był aktyw stoczniowy, który każde pojawienie się Greczynki na estradzie witał tak niesamowitym aplauzem, że w końcu jury nie miało nic innego do roboty, jak tylko zaakceptować wybór publiczności. Stare dzieje!

Wydaje się, że wielka polityka wyniosła się z Opery Leśnej raz na zawsze (?) i że nikt za nią nie tęskni. Po okresie peerelowskiej ekonomii politycznej, wielkimi widowiskami festiwalowymi zawładnął rachunek ekonomiczny i logika zysku. Masowa kultura kształtuje masowego odbiorcę. Raźno cofają się do tyłu. Do czasu igrzysk.

A poszczególny twórca? Poszczególny twórca ma poszczególną historię i „samowystarczalność koniunkturalną”. Co znaczy, że najczęściej klepie biedę.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: "Strony", 1(29)2010]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE