Grudniowy Sopot niczym nie przypomina rozkrzyczanego i rozśpiewanego letniego kurortu. Miasto przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Sopocianie krzątają się w rytmie krótkich dni i wcześnie zapadającego zmroku. Rano zapalają adwentowe lampiony, nocą sodowe latarnie. Poezja w grudniu ociepla międzyludzkie kontakty, a energia mowy odświętnej zwiększa napięcie w przesyłowych sieciach. W mieście od tego robi się jaśniej.

Był rok 1997. Środowisko twórców skupionych wokół wydawanego w Sopocie dwumiesięcznika literackiego „Topos” postanowiło zorganizować uroczyste wręczenie nagród laureatom Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego. Wybrano termin grudniowy, po to, żeby czwartego dnia tego miesiąca wznieść urodzinowy toast za patrona Konkursu (ur. 4 XII 1875 r.). Ponieważ budżet czasopisma ubożuchny był, Konkurs postanowiono rozpisywać co dwa lata. Kiedy więc na stulecie Miasta Sopotu (2001) powstała idea zorganizowania Festiwalu Poezji w naturalny sposób zaanektowany został rilkeański grudzień, miesiąc ani łagodny, ani okrutny, a Konkurs stał się jedną z „instytucji” Festiwalu. Z przyczyn wyżej podanych również Festiwal odbywał się co dwa lata.

W grudniu 2009 roku w Sopocie, na piątej edycji Festiwalu odbywającej się tym razem pod hasłem „Lublin nad morzem”, stawiło się grono wyśmienitych poetów, redaktorów czasopism literackich, organizatorów imprez, muzyków. Festiwalowej publiczności zaprezentowały się redakcje czasopism: „Akcent” i „Kresy” z Lublina, „Strony” z Opola i „Korespondencja z ojcem” z Sopotu, wśród gości brylowali Krzysztof Karasek i Wacław Tkaczuk (Warszawa), Mieczysław Orski (Wrocław), ks. Wacław Oszajca, Andrzej Niewiadomski, Arkadiusz Bagłajewski, Jarosław Wach i Anna Goławska (wszyscy z Lublina), Sergiusz Sterna-Wachowiak (Poznań), Wojciech Kass (Pranie), Jerzy Suchanek (Sosnowiec), Wojciech Gawłowski (Ostrów Wlkp.), Wojciech Kudyba (Nowy Sącz), Przemysław Dakowicz (Łódź), Jarosław Jakubowski (Bydgoszcz), Paweł Szydeł (Więcbork), Krzysztof Szymoniak (Gniezno) i wielu, wielu innych, o miejscowych nie wspominając, bo nie przystoi autoreklamy uprawiać. Przekonująco zaprezentowali się organizatorzy Festiwalu i Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut roku Aleksandra Rzadkiewicz i poeta Artur Fryz (Kutno). Do najbardziej udanych imprez festiwalowych należała prezentacja „Stron”. Adrian Gleń, Bartosz Małczyński, Bartosz Suwiński i Łukasz Sawicki „swój” wieczór w Spółdzielni Literackiej rozegrali po mistrzowsku. Czytając fragmenty utworów zamieszczonych w najnowszym numerze pisma, w kapitalny sposób poszerzyli listę festiwalowych gości. Potem jeszcze, w czasie uroczystego finału Festiwalu, w sposób szczególny „zaistniała” poezja Józefa Czechowicza, czytana przez aktora Wojciecha Wysockiego, z fantastyczną jak zwykle Polską Filharmonią Kameralną Sopot pod gościnną batutą Andrzeja Straszyńskiego.

W końcu jednak nastąpiło to, co nastąpić musiało – laureaci Konkursu im. Rilkego odebrali nagrody i wyrazy szacunku i udali się dyskontować swój sukces w rodzinne stronny, tłumnie zebrani uczestnicy konkursu jednego wiersza i slamu po stoczeniu zażartych potyczek z jurorami i publicznością w końcu zalegli zmęczeni, poeci wsiedli do pociągów i pojechali w siną dal grudniową, organizatorzy odchorowali festiwalowe napięcia, lokalna prasa zamieściła skąpe notki, mgła opadła na miasto, psy przestały szczekać. Zapadła cisza. Normalnie, jak to po imprezie.

Wydawać by się mogło, że nigdy jeszcze nie było tak dobrze. Podczas Festiwalu i zaraz po nim powstały nowe wiersze i prozy, twórcy z całej Polski w rozmaitych formach artystycznych i dziennikarskich zapisali swoją fascynację Sopotem, morzem i sobą nawzajem, a mimo to w niektórych głowach trójmiejskich mędrców zrodziło się początkowo niejasne, a później coraz bardziej narastające przypuszczenie graniczące z pewnością, że Festiwal po prostu… nie odbył się. Bo zastanówmy się przez chwilę: nie było krwawych ofiar ze zwierząt ani ludzi, lubieżnych czynów, nagłych rozwodów, prowokacji politycznych, nikt nikogo skrycie nie nagrał, nikt nikomu nawet mordy nie obił, nikt nie zdewastował pomników czy choćby pokojów hotelowych, nie zbałamucił wdowy ani nie wykorzystał nieletnich jakiejkolwiek płci, słowem nic, nic, co byłoby wysokokaloryczną strawą medialną, o czym można by rozprawiać długimi zimowymi wieczorami, nic, za co można by założyć chociaż marną sprawę sądową.

Zgroza!

Poezja w grudniu? Zgroza!

Lublin nad morzem? Zgroza!

Po trzykroć zgroza!

Uważni obserwatorzy potrafią jednak dostrzec jaskółki postępu nawet tam, gdzie ich nie widać. Oto galeria CSW Łaźnia w Gdańsku zapowiada cykl miesięcznych spotkań autorskich pt. „Mistycy – Literaci – Wariaci”. No to już jest coś! Hasło nośne jest. Autorzy chyba wybitni, bo jak pisze koordynatorka spotkań: „To postaci nietuzinkowe, a ich dokonania mają istotne znaczenie dla dzisiejszej polskiej poezji (…)”. Joj. Nie wiadomo czy pisząc o dokonaniach i współczesnej poezji ma na myśli „legendarne” opowiadanie Krzysztofa Skiby pt. „Kasztan”, mini powieść Tymona Tymańskiego i Zbigniewa Sajnoga „Chłopi 3” czy teorię orgazmu permanentnego Macieja Rucińskiego, nieważne, wszystko to razem wygląda na medialny hicior! Będzie cyrk?! Będzie! Będzie telewizja! Będzie oglądalność! Dziwią tylko opinie, wybitnie malkontenckie, umieszczone na internetowym portalu pod zapowiedzią imprezy. No bo jak tak można pisać: „Wariaci na Srebrzysko a nie dawać im ludzi ogłupiać”? Przecież nie uchodzi. Przecież Srebrzysko to szpital dla zmęczonych i psychicznie chorych. Z drugiej jednak strony, kiedy czytam wypowiedź Pawła Konnaka, jednego z głównych aktorów przyszłej imprezy: „Pisanie to dziś bardzo niszowa forma aktywności, ale liczę na to, że uda nam się zgromadzić w Łaźni większą ilość literatów, mistyków i wariatów”, i kiedy słyszę wszystkie te trzy „stany skupienia” wypowiedziane jednym tchem, w jakiś podły i chytry sposób zrównane ze sobą i siebie nawzajem ośmieszające, to myślę sobie, że rację ma autor opinii po imieniu zwracający się z łagodną, jakby ojcowską wymówką do młodej osoby podpisanej pod informacją o imprezie: „Szanowna Olu! Nie daj się oszukać. Literatura jest damą (nie dziwką). Podobna jest różnica pomiędzy poetą i chamem”. Ciekawa refleksja, głęboko filozoficzna, wypowiedziana stylem oszczędnym i dobitnym jak walnięcie młotkiem.

Autor innej opinii podpisanej nickiem „kiepski” argumentuje: „Mistycy to mądrzy ludzie, gdzie ich szukać, nie pośród wariatów”. Z pewnością… Tyle że, widzi pan, panie „kiepski”, są ludzie, którzy mówią, a nie rozumieją co mówią, piszą, a nie wiedzą co piszą, czytają, ale nie rozumieją tego, co czytają, choć wydaje się im, że rozumieją, jak choćby Agata Pyzik publikująca na łamach „Lampy”, która w grudniowej rozmowie z Darkiem Foksem otwarcie i szczerze podzieliła się swoim problemem z recepcją „Pamiętnika z powstania warszawskiego”: „No a z książką Białoszewskiego mam czasami problem, bo tam są te mistycyzmy, jak oni się na przykład modlą”. Na szczęście trafiła na wyrozumiałego rozmówcę… Ale ta mgła, ten dur, ta pustka skąd się wzięła? I czy to aby nie zaraźliwe?

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: "Strony", 2(30)2010]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE