1.
Nazywany jest „młynkiem do kawy” albo „akwarium”, ale na użytek tego felietonu niech będzie imbrykiem do herbaty. Kawa czy herbata? Czy to nie wszystko jedno, skoro nie ma ani jednego ani drugiego? Żadnej herbaty, ba, nawet automatu do kawy i gorącej czekolady, nic, czym można rozgrzać się bez wychodzenia z teatru.

W imbryku panuje chłód, zwłaszcza w pierwszym dniu marca, w Gdańsku, toteż zaraz po wejściu do teatru szatniarz kieruje nas na piętro, gdzie jest cieplej. Na szczęście na widowni panuje temperatura przyjazna człowiekowi. Humory natychmiast poprawiają się, nosy opuszczone na kwintę węszą za czymś lepszym niż kawa i herbata. Za jazzem z imbryka!

2.
Zanim jednak zaczerpniemy czaju z imbryka, powiedzmy kilka słów o samym miejscu. „Młynek do kawy” i „imbryk do herbaty” to, oczywiście, obrazowe określenia Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Instytucji z przeszłością niewątpliwą sięgającą roku 1801. Pierwszym dyrektorem po wojnie był reżyser i scenograf Iwo Gall, kolejnym, od 1955 do 1970 roku Antoni Biliczak, który to – choć bardziej był administratorem niż artystą – umiał skupić wokół siebie postaci prawdziwie wybitne. W czasie jego dyrektorowania kierownikami artystycznymi teatru byli m.in. Lidia Zamkow, Zygmunt Hübner i Stanisław Hebanowski, wśród zatrudnionych przez niego aktorów znalazły się późniejsze sławy, m.in. Kalina Jędrusik, Halina Winiarska, Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, czy do dzisiaj grający Krzysztof Gordon, a reżyserowali Konrad Swinarski, Bohdan Korzeniewski, Andrzej Wajda, Maciej Prus, Ryszard Major i in. W lipcu 2006 roku dyrektorem gdańskiej sceny został Adam Orzechowski, były dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy, i jest nim do dzisiaj. Orzechowski przejął teatr z zadłużeniem ok. 300 tys. złotych i przekonaniem, że „trzeba w Wybrzeżu robić przedstawienia dobre, mądre, nie bazujące na najniższych instynktach”.

3.
Jazz w teatrze, o którym chcę tutaj opowiedzieć przedstawieniem nie jest, aczkolwiek z teatrem ma wiele wspólnego. Projekt Ola Walickiego „Trauma Theater – Theater der Liebe” zyskał dwie odsłony – estradową i płytową. Obydwie prezentują muzykę Walickiego do spektakli Ingmara Villqista, pochodzącego z Chorzowa dramaturga, reżysera i – od sierpnia 2008 roku – dyrektora Teatru Miejskiego w Gdyni. Muzyka powstała w latach 2003-2007, sztuki wystawiane były w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (Sprawa miasta Ellmit, Helmucik), Teatrze Bez Sceny Andrzeja Dopierały w Katowicach (Oskar i Ruth) i w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni (Kompozycja w słońcu). Wersja płytowa zawiera trzydzieści utworów, w których tematy dźwiękowe przeplatane są głosami aktorów, recytujących fragmenty przedstawień. Album ma charakter multimedialny: obraz i muzyka dopełniają się, tworząc przejmującą całość do słuchania i oglądania. Ktoś powiedział – „słuchowisko senne” i jest w tym określeniu dużo racji. A wersja estradowa..?

4.
Wersja estradowa, a w zasadzie – mając na względzie miejsce premierowego koncertu – sceniczna, rozpoczęła się trochę w stylu Oskara i Ruth. W tym spektaklu krzesło jest samolotem, kierownica drążkiem sterowniczym, wiaderko hełmem a lizak berłem. W zapale inscenizacyjnym do teatralnego tańca porwane zostają krzesła i miednice, durszlak i rura od odkurzacza. W spektaklu, który oglądamy 1 marca na dużej Sali Teatru Wybrzeże samplowane głosy aktorów przeplatają się z dźwiękami instrumentów akustycznych, gitary elektrycznej, oraz, powiedzmy to tak – przygodnych instrumentów perkusyjnych typu plastikowa butelka po wodzie mineralnej. Olo Walicki, kontrabasista, Mikołaj Trzaska, saksofonista i klarnecista basowy, Kalle Kalima, gitarzysta elektryczny i Christian Lillinger – perkusista są specjalistami od free jazzowych harmonii (!), muzykami znanymi i rozpoznawalnymi na europejskiej scenie improwizowanej. Mimo młodego wieku (najstarszy w tym gronie Mikołaj Trzaska to rocznik 1966, najmłodszy Christian Lillinger urodził się w 1984 roku), wszyscy bez wyjątku mają za sobą grę w wielu znaczących formacjach jazzowych, niebagatelne doświadczenia wykonawcze i kompozytorskie. Wszyscy też ciążą ku realizacjom niekonwencjonalnym, łączącym rozmaite formy i gatunki, a także poszerzającym muzyczne doświadczenie o aspekty luźno tylko związane z muzyką. I tak Olo Walicki łączy np. trio jazzowe z kwartetem dętym i pisze muzykę teatralną, Mikołaj Trzaska tworzy projekty muzyczne ze Świetlickim, Andruchowyczem i Stasiukiem, pisze muzykę filmową (Dom zły). To samo można powiedzieć o fińskim gitarzyście Kalle Kalima, który zanim został jazzmanem odebrał staranne wykształcenie klasyczne i berlińskim muzyku, Christianie Lillingerze, który grę na perkusji rozpoczął w wieku lat trzynastych i – biorąc pod uwagę jego sceniczny image i entuzjazm do zabawy – do dzisiaj pozostał wunderkindem.

5.
Każdy z tych muzyków wymagałby osobnego studium, na co tutaj nie ma ani miejsca, ani czasu. Powiem tylko, że „Trauma Theater – Theater der Liebe” jest od strony muzycznej projektem elektryzującym. Po pierwszym wejściu, nowoczesnym, polifonicznym, w którym poszczególne „głosy” ścigają własne swoje echo, na widowni zapanowała cisza. Nie było oklasków. Szczęśliwie teatralność widowni teatralnej przezwyciężona została już w drugim secie. Wyrazisty rytm i soczyste, pełne brzmienia instrumentów sprawiły, że temperatura muzyki improwizowanej spotęgowała się, udzieliła widowni i wybuchła potężnymi brawami. I tak było już do końca tego muzycznego spektaklu. Olo Walicki jest niezwykle świadomym leaderem i basistą kompletnym, lubiącym potężne brzmienie, czysty akustyczny sound. Mikołaj Trzaska przez lata otrzaskiwania się w różnych projektach wyrósł na mistrza muzyki improwizowanej, jego solówki saksofonowe są najwyższej próby. Kalle Kalima swobodnie porusza się po różnorodnych rejestrach improwizacji gitarowej, od stylistyki jazzowej po funkową czy zgoła rockową. Christian Lillinger zdobył chyba największe uznanie widowni i trudno się dziwić. Oglądałem już na estradzie sławy perkusji od Andrzeja Nebeskiego po Józefa Piotrowskiego i od Tony’ego Williamsa i Billy’ego Cobhama po Jeffa „Tain” Wattsa, ale występu tak zabawnego, porywającego, profesjonalnego i szołmeńskiego jeszcze nie widziałem! Wyobraźcie sobie Państwo szczupłego, wysokiego człowieka z lokiem a’la kowboje z Moskwy, którego postura jest tak dziwnie elastyczna, że każde uderzenie pałką perkusyjną zdąży zasygnalizować ułożeniem ciała, gestem, swoistym przedtaktem, muzyka, dla którego gra na bębnach jest, obok walorów czysto rytmicznych, również teatrem ruchu o niespotykanej ekspresji, wdzięku i fantazji, który wreszcie, przy całym swym szaleństwie, z żelazną konsekwencją realizuje strukturę rytmiczną wykonywanej kompozycji.

6.
W imbryku zawrzało. Smak imbiru w ustach. Jazz!

7.
Mądry Sandor Maraí w Księdze ziół pisał nie bez racji, że publiczność przychodząca do teatru, a więc na spektakl, a tutaj rozszerzmy ten obraz również na spektakl muzyczny – koncert, w świetle reflektorów zamienia się w niemowlęta czekające na cud. Cud przemiany tego co zwyczajne, w nadzwyczajne i nieziemskie. Wyobraźmy sobie: „Tysiąc niemowląt czeka na smoczek. I kiedy dostaną smoczek – słodki czy gorzki, wszystko jedno – siedzą cicho, nieprzytomne ze szczęścia. Ale jeśli w ciągu pięciu minut nie dostaną smoczka, zaczynają się wiercić, pokasłują, ziewają, kwękają, nierzadko szczebiocąc protestują. Co to jest smoczek? Napięcie. Dlatego więc nie bądź w teatrze zbyt dumny, jeśli coś ci się spodoba. Powiedz tak: «Byłem dobrym dzieckiem i dostałem smoczek»” (przeł. Feliks Netz).

8.
Spodobało się… Na zewnątrz było zimno i padał deszcz ze śniegiem. Napięcie rozładowaliśmy kawą z imbirem w ciepłej i przytulnej „Pikawie” na Piwnej w Gdańsku. Polecam!

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 3-4(31-32)2010]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE