1.
Seminarium naukowe „Back to the Beckett Text. Beckett na plaży” zorganizowane przez Instytut Anglistyki Uniwersytetu Gdańskiego, przy współpracy Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, dwumiesięcznika literackiego „Topos” i Sopockiej Sceny Off de BICZ było bodaj najciekawszym wydarzeniem trójmiejskiej wiosny kulturalnej.

Jak Beckett trafił na sopocką plażę?

…Z rozległego tarasu „Viva Caffe” rozciąga się widok na wody Zatoki Gdańskiej. Kawiarnia kolonizuje skrawek plaży. Jest trwałym lądem w morzu piasku. Wyobrażam sobie jak z wydmy wyłania się Winnie z plażową parasolką i w gustownym kapelusiku. Najpierw wyrasta z piasku parasolka na długim kijku, potem kapelusz, głowa, cały biust… W mojej wizji Winnie ze Szczęśliwych dni ma twarz niezapomnianej Haliny Mikołajskiej. Po chwili wizja kończy się, ale spektakl trwa w najlepsze. Zjawia się Hamm z Końcówki. Na głowie kapelusz, w ręku ni to parasol, ni to laska, pod pachą tom prozy Antoniego Libery Godot i jego cień, połowę twarzy zakrywają czarne okulary. Hammem okazuje się być pisarz Paweł Huelle. Przez chwilę z autorem Opowieści chłodnego morza i Antonim Liberą rozmawiamy zajmująco o wątkach katastroficznych i końcu końców. Nad nami unosi się pył wulkaniczny znad Islandii. Wulkan Eyjafjoell z okolicy lodowca Eyjafjallajoekull rzuca cień na piasek sopockiej plaży. Pył i piasek, coraz więcej piachu. I choć pyłu wulkanicznego nie ma w powietrzu, którym „mówimy” – dokładnie: nie ma go w przyziemnej warstwie atmosfery, którą oddychamy – to jednak wydaje się nam (a może było to tylko moje odczucie?), że jednak coś w powietrzu wisi, i że czarna seria tegorocznych bolesnych razów nie wyczerpała się jeszcze.

Kiedy wpatruję się w rozmazaną, mglistą linię horyzontu, przypomina mi się przekonanie Stana Gontarskiego, profesora na Uniwersytecie Stanowym Floryda w Tallahasee, gościa sopockiego Festiwalu, jakoby S. Beckett „…ogłosił niemoc autora”, co stwarza – powiada Gontarski – „…ideologiczną i estetyczną pustkę, którą wielu reżyserów i aktorów usiłuje wypełniać. Beckett jednak liczy, że nikt nie wypełni tej pustki. To właśnie definiuje przedstawienie Becketta. To właśnie wyodrębnia je z przedstawień innych. Jeśli aktor albo reżyser wypełnia tę przestrzeń, wtedy Beckett staje się Ibsenem”. Więc dobrze, niech Beckett pozostanie Beckettem, a Ibsen Ibsenem, niech horyzont pozostanie tak bardzo niewidoczny, jakby go w ogóle nie było, jakby był wyłącznie psikusem perspektywy.

2.
W tym samym budynku, który jest siedzibą „Viva Caffe”, mieści się kierowana przez Ewę Ignaczak „Sopocka Scena Off de BICZ – Teatr na plaży”, która stacjonuje tam repertuarowo przez cały rok z wyłączeniem dwóch letnich miesięcy: lipca i sierpnia, kiedy to scenę bierze w posiadanie Teatr Atelier. W 1999 roku w tym właśnie plażowym teatrze zrealizowano premierę Nocy i snów na postawie jednoaktówek Becketta Katastrofa, Kroki, Nie ja (Usta) oraz Fragmentu Dramatycznego I. Dwa lata później Końcówkę z Krzysztofem Gordonem jako Hammem, a w 2004 roku, dyrektor teatru André Hübner-Ochodlo, wyreżyserował Happy Days z Bogusławą Schubert w roli Winnie. Czy można z tego wyciągnąć wniosek, że na plaży w Sopocie jesteśmy z Beckettem za pan brat? Nie, nie, to byłyby wnioski za daleko idące i – powiedzmy to tak – obce dykcji Becketta. Pozostańmy przy tym, że Beckett w Sopocie nie jest kimś obcym. Nie bez satysfakcji dodam, że w 2006 roku dzięki zaangażowaniu się sopocianina, Tomasza Wiśniewskiego, który z Becketta się doktoryzował, zredagowany został numer tematyczny „Toposu” o autorze Końcówki, i że tegoroczny, kolejny zeszyt pisma o Becketcie ma tego samego pomysłodawcę. I to właśnie Tomasz Wiśniewski oraz prof. David Malcolm, szef Instytutu Anglistyki Uniwersytetu Gdańskiego byli głównymi sprawcami „Back to the Beckett Text”. A o tym, że sprawili się wyśmienicie świadczą goście Festiwalu, takie sławy, jak prof. prof. Enoch Brater, S. E. Gontarski, H. Porter Abbott, Antonia Rodriguez Gago, Shimon Levy czy Antoni Libera, ale też przybysze z Jordanii, Anglii, Japonii, Iranu, Armenii, Kanady, Cypru, Irlandii, Indii, Argentyny, Brazylii, Francji i oczywiście z polskich uniwersytetów, słowem, miłośnicy możliwych pytań i niemożliwych odpowiedzi z całego świata.

3.
Pył i piasek, coraz więcej piachu. Od roku peron sopockiej SKM-ki (czytaj: Szybkiej Kolei Miejskiej) jest rewitalizowany. Pół roku temu położono betonowe płyty, jednak żeby dojść do schodów prowadzących do tunelu, trzeba było pokonać „piaskownicę” – nie utwardzony pas pomiędzy betonem a schodami. Ta piaskownica, to dziesięć stóp socjalizmu. Dlaczego socjalizmu? Dlatego, że w socjalizmie (realnym!) podobnie myślano, albo raczej nie myślano wcale o ludziach, o ich wygodzie i dobrym samopoczuciu. A wystarczyło położyć kilka desek… Nie jestem pedantem, ale wiecznie zakurzone buty wywoływały we mnie irytację. I dopiero wtedy, gdy po kilku miesiącach siermięgi problem zniknął, a cały peron wyłożony został piękną kostką brukową, zrozumiałem, że obciążenie Peerelem jest obustronne, że na „socjalizm” budowlańców odpowiadałem swoim osobistym „socjalizmem”. Bo jak inaczej niż socjalistycznym zniewoleniem ducha nazwać niewiarę w sens jakiejkolwiek interwencji, a może nawet obawę przed zgłoszeniem problemu, przed oprotestowaniem upierdliwej sytuacji? Jak nazwać fundamentalny brak wiary w szczerość i sensowność deklarowanych wszędzie wolności obywatelskich? Czy zawsze już będę czekał na to, aż piach sam się rozwieje, a problem zniknie tak, jakby go nigdy nie było? Straceńcza strategia. Za dużo tych problemów, które znikać nie chcą, a pozostawiane samym sobie rozrastają się do niebywałych rozmiarów.

4.
Podziw i uznanie gości festiwalu „Beckett na plaży” wzbudziła siedziba Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, świeżo wyremontowany (rewitalizowany!) XVIII-wieczny dworek Sierakowskich. Światowi miłośnicy Becketta docenili wystrój i atmosferę prowincjonalnego dworku. I tylko krajobraz za oknem prowokował do kłopotliwych pytań. Po budowlańcach pozostało bowiem klepisko, które jeszcze w tym roku zamienić się miało w ogród, w ogrodzie miała stanąć secesyjna altana, obok altany mała estrada do akustycznego muzykowania, a oświetlone, wyłożone starobrukiem ścieżki zachęcać miały dworkowych gości do wieczornych spacerów i filozoficznych rozmów. Dzisiaj już wiadomo, że w tym roku ogrodu nie będzie, bo skończyły się środki na rewitalizację obiektu. Czy będzie w przyszłym roku? A skąd mamy wiedzieć co będzie w przyszłym roku? Na szczęście Patryk Dziczek, szef mieszczącej się w dworku kawiarni „Młody Byron”, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Nawiózł piachu białego, sypkiego, prawdziwie europejskiego i zamienił klepisko w plażę. Ustawił kolorowe leżaki i zaprosił piękne dziewczęta. Odtąd w Sopocie są dwie plaże, jedna szeroka i wielka jak Wisła, druga maleńka jak boisko do siatkówki, jedna – dolna, bo w tzw. Dolnym Sopocie, druga – górna, bo w Sopocie Górnym. Kiedy w 1797 roku Kajetan Sierakowski stawiał na wysokiej skarpie (klifie?) dworek letniskowy i zakładał wokół niego wystawny park, nie mógł przewidzieć, że 213 lat później w miejscu parku będzie plaża. Ba, nie tylko tego nie mógł przewidzieć – kiedyś z jego dworku widać było morze, teraz zatokę przesłoniło miasto. I po co tu prorokować? W miejscu mokradeł jest miasto. W miejscu parku, plaża. To co wydawało się być stałe i pewne, zmieniło swoje oblicze, przeminęło. Pewne jest tylko to, co sypkie i nietrwałe. Pewny jest piasek, coraz więcej piasku.

Krzysztof Kuczkowski
[druk w: “Strony", 5(33)2010]

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE